czwartek, 20 czerwca 2019


   Wiecie, że nawet nie wiem jak zacząć? Od kąd jestem na studiach dziennikarskich, najciężej właśnie mi coś zacząć. Teraz pytanie czy dziennikarstwo wychowuje leni?
Miałam sprzątać, bo dziś mamy gościa, ale wole pisać wpis. Czy to nie normalne? U mnie jak najbardziej.
   Ostatni wpis dodałam ponad rok temu, od tamtej pory przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, już naszego własnego, na nasz wspólny kredyt. We wcześniejszych wpisach pisałam, że chciałabym, żeby Filip został moim mężem, w sumie po części już się to stało, kredyt związał nas mocniej niż przysięga małżeńska. Poza tym 16 września 2017, powiedziałam "TAK", więc już dwa kroki bliżej. Nasze mieszkanie ma 80m2. Jest w sam raz. Wcześniej jak pamiętacie mieszkałam już w takim na 300m2, i w takim na prawie 70m2. Aktualnie jest najlepiej. Powoli kończymy się urządzać, zostały kosmetyczne sprawy jak pomalowanie mieszkania jeszcze raz, ale to już na wiosnę, jak kupienie i zamontowanie listw przypodłogowych i progowych, jak kupienie nowej deski do toalety.... TAK, "fachowiec", który robił nasze mieszkanie połamał deskę do toalety, a zasadniczo zaczep pomiędzy klapą a tą okrągłą częścią, której nazwy nie znam, i nie mówiąc nam nic, ani się nie kwapiąc do jej odkupienia "skleił" połamaną część na silikon, myśląc, że nigdy w życiu tego nie zauważymy. W ogóle były straszne jaja z tym gościem, ale to długa opowieść, z której wniosek jest jeden : lepiej wziąć ekipę, niż jednego Krzyśka z Trójkąta. Wracając, większość rzeczy już jest, i można mieszkać ze spokojną głową.
   Mam swoje zdanie na temat tego co chcę w życiu. Na pewno nie chciałabym nic zrobić odwrotnie, niż właśnie mieszkanie, skończenie studiów, lepsza praca, ślub a na końcu dzieci. Z doświadczenia wiem, że życie pisze własne scenariusze i ma lepszy budżet niż ja, więc po prostu wszystko wdraża w życie, ale patrząc na to co ja bym mogła zrobić to już prawie trzy rzeczy są spełnione. Powiem Wam, że siedząc kiedyś na kasie w Ikea, byłam najbardziej miła jak się tylko da, właśnie po to, żeby ktoś do mnie podszedł, podziękował za miłą obsługę i wręczył wizytówkę firmy, z pięknym hasłem niczym z reklamy : To właśnie Ciebie chcemy! Takie właśnie są marzenia. Piękne, wyidealizowane, płytkie i nie zawsze spełnione. Nie raz jednak słyszałam siedząc na kasie "Pani się tu marnuje!", jednak moje kierownictwo nie podziela tego zdania. Pracuję tam już 2 lata. Po "castingu" ostała mi się rola kasjera liniowego. Masa obowiązków, wiele krytyki, wszystko co spada, klienci, ich samopoczucie, kasjerzy, ich samopoczucie, kierownicy, ich samopoczucie, spada właśnie na mnie. Myślałam, że będąc liniowym trochę zmienię zamysł monotonnej pracy na kasie, ale wkopałam się niewyobrażalnie. Bez wskazówek, pomocy, bez konkretnych szkoleń, wrzucili mnie na głęboką wodę. Sęk w tym, że akurat w wodzie potrafię pływać. To raczej głębokie bagno. Także teraz jestem w miejscu, w którym mam masę obowiązków którym nie mogę podołać w pracy, w domu, no i oczywiście w szkole. Przez to wszystko co nagle na mnie spadło w wielkiej ilości, zrezygnowałam z absolutnie wszystkich przyjemności jakie miałam w życiu. Przymusowo moimi przyjemnościami stało się sprzątanie, pranie... obowiązki domowe. Gotować akurat lubię. Tym bardziej dla Filipa. Sprawia mi ogromną przyjemność jego radość ze smaków jakie dla niego przygotowywałam.
      Właśnie dlatego, że obowiązków przybywało, a czasu wcale nie, zaczęłam się cieszyć z bardzo drobnych rzeczy. Jak promienie wiosennego słońca w naszym mieszkaniu, jak śpiący cicho kot, jak parująca świeża kawa, jak uśmiech Filipa, jak ciepły letni poranek na tarasie z nogami wyłożonymi na miękkiej poduszce, jak fruwające ptaki za oknem. Szukałam szczęścia.
      Po świętach i nowym roku, w lutym dostałam urlop. Cały spędziłam u mamy, a teściowa wtedy mocno się na mnie obraziła, bo nie przyjechałam po nią do Włoch, a czuła się źle. (???) Dlatego też luty był nerwowy. W marcu wyprowadziła się Basia (była u nas od października) i zamontowali nam wreszcie schody. Mieliśmy dostęp do antresoli na górze. Pod koniec kwietnia miałam wypadek. Perforacja błony bębenkowej. Dostałam od pani laryngolog tydzień zwolnienia z pracy. To było jakoś przed 1 maja. Czyściłam sobie ucho patyczkiem kosmetycznym i zasłaniałam roletę antywłamaniową w kuchni. Kaseta, którą się nią zwijało wyskoczyła ze ściany, uderzając mnie w rękę, i ja wcisnęłam patyczek w ucho, robiąc sobie krwiaka. Zapewne też uszkodziłam trochę błonę w uchu wewnętrznym, bo równowaga to wtedy był jakiś kosmos. Poza tym straciłam też czucie w prawej stronie buzi. Jak po znieczuleniu u dentysty. 1 maja pojechaliśmy nad Kolorowe Jeziorka z bratem Filipa. Wszystko byłoby cudnie, ale mi nie przeszło :) Miałam straszne zawroty głowy i to takie, że nie dawałam rady wstać z łóżka, już nawet nie mówiąc o chodzeniu prosto. No ale poszliśmy na wycieczkę w górę. W górę, bo pani pokierowała nas od końca wycieczki. Cudownie. Szłam w górę, po błocie, jak paralityk, próbując złapać równowagę. Po powrocie z wycieczki jednak stwierdziłam, że jadę do szpitala, nie miałam już siły zasypiać, budzić się i egzystować z zawrotami głowy. Kiedy dotarłam do szpitala, po badaniach okazało się, że to nie zawroty głowy, tylko bardzo duży oczopląs, który ja z mojej perspektywy widziałam jako zawroty w głowie. Powiem Wam, że dla zdrowego człowieka, nagła dysfunkcja w czymkolwiek, to tragedia. Taka niemoc, i różne myśli, to coś czego jest najwięcej w takim momencie. Te parę dni w szpitalu dało mi dużo do myślenia. Wyselekcjonowało inajlepszych znajomych, i pokazało najczystsze serca.
------
Ten wpis pisze na raty, zatem zaraz dokonam małego update.
------
Dziś mamy 20 czerwca 2019.
Kilka ważnych dla mnie dat i wydarzeń.

17 maja- stałam się żoną. To wielka funkcja. O samych przygotowaniach pisać nie będę, ale napiszę o przeżyciach, jakie mi towarzyszą teraz, gdy już mam męża. To w sumie nowy rozdział. Bardzo piękny rozdział, w którym towarzyszyli mu wszyscy, których kocham najmocniej. Między mną a Filipem nic się nie zmieniło. Ha, skłamałam. Jak to było na przysiędze "kochamy się mocniej niż wczoraj i słabiej niż jutro", dlatego też jest tylko lepiej. Kocham tego świra z całego serca i mam nadzieję, że tak już będzie zawsze, albo i lepiej.
Skupmy się jednak na moich odczuciach jako żony. Czuje się inaczej. Lepiej. Wcześniej czułam się bezpiecznie, teraz jestem bezpieczna.  Na tyle bezpieczna, żeby móc powiedzieć, że wreszcie mam wymarzoną rodzinę. Taką, jaką zawsze chciałam mieć. Moją, bez nerwów, bez stresu, z dużą dozą miłości, której brakowało mi w mojej.
Żoną jest zostać łatwo, ale nią być, niesamowicie trudno. Każdego dnia boję się że nie sprostam, staram się bardzo, żeby wszystko między nami było dobrze, bo już teraz jestem szyją tej rodziny. I kocham tą rolę.

Potem były wspaniałe wakacje, zakochałam się w Sardynii, może dlatego, że byłam tam z moim ukochanym. Widoki, jedzenie, ciepło, woda... Poczułam, że tam chciałabym się zestarzeć :) Ale to dalekie plany, skupmy się na tym co tu i teraz.

Chciałabym trochę rozwinąć blog, i starać się jak najczęściej zostawiać tu wpisy.
Chciałabym zmienić jego nazwę, a może i całą domenę, jednak nie wiem, czy na nowo uda mi się osiągnąć taką liczbę czytających, zobaczymy co pokaże czas

Póki co 30 stopni za oknem daje mi dużo do myślenia nad sobą i tym co aktualnie dzieje się u mnie w życiu.
Chciałabym wreszcie zmienić pracę, może ten rok będzie przełomowy, w końcu kończą mi się raty za kilka rzeczy, więc kto wie? :)


Już nie będę się rozpisywać bardziej, przepraszam za poszarpany post, będę rozwijać myśli w następnych wpisach




Na dziś tylko życzę chłodnego dnia i zostawiam was z Kings of Leon- Closer

Do zaś :)

2 komentarze: