Niseko wraca do formy!
Wróciłam i chyba mam się całkiem nieźle. Mało tego, mam dziś dla Was
niesamowity temat na poście. Bardzo intymny dla mnie temat, dlatego
prosiłabym o wyrozumiałość, ale też konstruktywną ewentualną krytykę.
Jeśli spodoba Wam się dzisiejszy post, śmiało możecie pokazać go swoim
rodzicom, jeśli sprawa dotyczy tego co jest u Was w domu. Generalnie panuje
przekonanie, że co się dzieje w domu, to nie mówi się nikomu, jednak ja
przełamię dziś temat tabu.
Sprawa dzieje się w moim życiu, już któryś rok, więc nie jest to świeża, nie
zagojona jeszcze ranka. To coś, co jest ze mną od początku, wreszcie
postanowiłam o tym napisać, żeby trochę mi ulżyło. Na wstępie powiem, że
nie będzie to post o użalaniu się nad życiem, bo życie miałam naprawdę dobre
(i nic się nie zmieniło, dalej mam wszystko czego tylko pragnę), a znam też
ludzi, których życie jest niejednokrotnie gorsze i żmudniejsze niż moje. Sęk
tkwi w zupełnie czym innym. Nieumiejętnym wychowaniu mnie przez moich
rodziców. Trochę boli mnie fakt, że rodzice w tych czasach bardzo po omacku
wychowują swoje dzieci. Właśnie mniej więcej tak było u mnie. Rodzice są
przekonani, że -kolokwialnie powiem- zawsze "wypruwali flaki" dla mnie i mojej
siostry, wiem że dokładnie tak było, tylko nie w tym sensie, który potrzebny jest
do wychowania dwóch, naprawdę fantastycznych dziewczynek. Owszem. Dużo
oboje pracowali, mama sprzątała, gotowała, pracowała- jak to mama- a tata, jak
tata, pracował dużo w domu i poza domem, często wyjeżdżał na delegacje, w Polskę,
w świat, sama nawet z nim raz na takiej byłam. Wiem ile ich obojgu to kosztowało,
natomiast wiem też, że nie byli rodzicami. Byli bardziej maszynami, które chciały
i dalej chcą dla swoich dzieci wszystkiego co najlepsze. Zgodzę się, że świat
materialny w tych czasach stoi na piedestale, i to w dodatku na pierwszym jego miejscu,
ale rodzice powinni wiedzieć, że właśnie dlatego, że mamy czasy materialności, dla
dzieci, dużo ważniejsze i potrzebniejsze jest wychowanie duchowe. I nie. Nie chodzi
mi tu teraz o rozwlekanie się nad religijnością. Nie. Chodzi mi w tym momencie o
prawdziwe "rodzicowanie", czyli opieka nad dzieckiem, rozmowa z nim.
Stan rzeczy pogarszał się z roku na rok, i rodzice oddalali się od siebie i od nas
przede wszystkim, aż w końcu mama razem z nami, wyprowadziła się od taty. Najlepsze
było wtedy to, że wszyscy winili wszystkich, ja miałam spora depresję, bo wszystko
mnie mocno przerastało, a nie miałam nawet przyjaciółki, z która mogłabym się tym dzielić
(i teraz sami dojdźcie do wniosku, jak wielki wpływ mają na was wasi przyjaciele, albo
drugie połowy-doceńcie to), więc zwaliłam rozstanie rodziców na karb depresji. Nie było
ze mną dobrze, pierwsze przestałam chodzić do szkoły, miałam zaległości, nie chciałam
jeść, spać, wciąż byłam zdenerwowana i co rusz się z kimś kłóciłam. Zostałam sama w
momencie w którym nigdy nie powinnam być sama. Potem zjawił się mój obecny książę
z bajki, bardzo stanęłam na nogi przy nim, i jednocześnie coraz bardziej oddalałam się
od siostry,mamy i taty, ponieważ przy nim czułam się niesamowicie, a moja rodzina
go nie akceptowała. Zaczęli mówić, że bardzo się zmieniam, że to przez niego. Nie było
to prawdą. Odzyskiwałam siły i to dzięki niemu, a nie przez niego. Poznawałam świat
takim, jaki jest naprawdę. Zaczęłam wierzyć w siebie, co nigdy nie udawało mi się
przy rodzicach, bo mimo ich zapewnień, że nie chcą, żebym była we wszystkim najlepsza,
było zupełnie odwrotnie. Stawiali mi coraz wyższe poprzeczki, nie wiedząc, że bardzo
ciężko mi przez nie przeskakiwać. Moja bardzo niska samoocena, wzięła się właśnie
z tego, że oni zawsze pokazywali mi lepszych ludzi ode mnie. Zawsze był ktoś ładniejszy,
mądrzejszy, zgrabniejszy, bardziej kreatywny czy uzdolniony. Całe życie ścigam się
z sylwetkami innych ludzi, by być lepszą i lepszą. Przy Filipie, to wszystko straciło sens.
Już nie musiałam być lepsza, ładniejsza, szczuplejsza, czy inteligentniejsza. On kocha
mnie właśnie taką jaka jestem, i tego brakowało moim rodzicom. Niestety dalej brakuje.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem Nikolettą. Mam 20 lat, 164 cm wzrostu,
wagę, która ciągle się zmienia, w przeciwieństwie do rozmiaru buta 37, mam skoliozę,
chorobę wrzodową, dzięki której muszę jeść rygorystycznie zdrowo i przyjmować leki
i studiuję dziennikarstwo i komunikację społeczną w Krakowie. Brzmi dorośle, co?
Nie dla moich rodziców, którzy dopiero teraz chcą się brać za wychowanie mnie.
Na to już niestety za późno. Może nie mam pracy i potrzebuję na razie pieniądze rodziców,
ale z drugiej strony nie mam zachcianek, jak dziewczyny w moim wieku. Jedyną moją
zachcianką są pieniądze na wyjazdy do ukochanego, który bardzo mnie wspiera
i jest ze mną zawsze wtedy, gdy brakuje rodziców. Czyli bardzo często. Kocham go całą
sobą i mam żal do rodziców, że bardzo nie chcieli by, abym się z nim widywała. Tym
zachowaniem ukręcili sobie na siebie bicz. I to nie jest tak, że ja ich szantażuję.
Wręcz przeciwnie. Uświadamiam ich, że całe życie zachowuję się dobrze, nie imprezuję,
nie piję, nie palę, nie ćpam, ani nie ubieram się niestosownie, pomagam KAŻDEMU, kto
mnie o to poprosi, a w zamian za dobre zachowanie i naukę, dostaję po głowie, za zły,
według nich wybór osoby, z którą chcę dzielić całe życie. Rozumiem, że każdy rodzic
chce dla swojego dziecka jak najlepiej, ale ja mam już 20 lat- dzieckiem nigdy nie byłam
i nigdy nie będę, bo nie miałam czasu na bycie dzieckiem. zawsze starałam się, żeby
rodzice byli ze mnie dumni, nigdy się nie buntowałam, ale chyba właśnie do mnie dotarło,
że to nic nie dawało, a ja swojego życia jak nie miałam, tak nie mam. Teraz zaczęłam
się buntować. Teraz zaczęłam porządkować życie i oddzielać ziarno od plew. Trochę za
późno, powiecie, ale dla mnie to właśnie ten czas. Czas, abym wreszcie wynurzyła się
z wody i czas, abym wreszcie nabrała tyle powietrza w płuca, żeby móc spokojnie'
oddychać. Żeby wreszcie być sobą. Za niedługo zapewne pójdę do pracy. Będzie ciężko,
wiem, ale będzie też satysfakcja, że nie muszę być najlepsza, najpiękniejsza, najmądrzejsza
i tak dalej, aby wreszcie być sobą. Nie mogę doczekać się pierwszej wypłaty, tylko dlatego,
żeby pokazać wszystkim, którzy we mnie nie wierzą, że ja też mogę. I że ze wsparciem
ukochanego, jestem w stanie osiągnąć o wiele więcej, niż nie jedna osoba, na moim miejscu.
No dobrze. Koniec męki ;) Rozpisać się rozpisałam, teraz tylko grzecznie poczekam, co wy na to! Jeszcze na sam koniec, chciałabym podziękować, każdej osobie, która napisała komentarz pod
poprzednim postem. Nie macie pojęcia ile to dla mnie znaczy! To takie motywujące! Miałam odpowiadać na wasze komentarze w postach, ale wiem, że nie każdemu by się to podobało, dlatego będę od dziś odpowiadała komentarzem na wasz komentarz :) Będę się tu coraz częściej, więc zaglądajcie po nowości.
Co na dziś do słuchania?
- Thirty Second to Mars- Stay super cover i niesamowita robota Jareda ;)
Do zobaczenia :)
Czytając to jestem dumna z osoby, którą się stałaś. Rozumiem, że nie było ci łatwo z "takimi" rodzicami, ale dałaś radę! I wciąż idziesz do przodu. Dawno nie czytałam tak dobrego wyznania :)
OdpowiedzUsuńMogę ci tylko życzyć stawiania kolejnych samodzielnych kroków w dorosłym życiu!
Nie wiem czy wypada mi dziękować, ale TAK! dziękuję :)
UsuńRodzice nie są źli, ale nieumiejętni w tym co robią..ot cały sekret
Cały czas będę dążyła do tego, o czym marzę, nie patrząc już na to co będą chcieli moi rodzice dla mnie najlepszego, bo nie zawsze najlepsze dla nich jest najlepsze dla mnie
Bardzo dziękuję za miłe słowa i do następnego wpisu ;)