piątek, 16 lipca 2021

Wolna myśl

 

Połączyłam kropki. W wieku 25 lat, wreszcie wszystko powoli sobie mogę wyjaśnić. Nie jest to tylko puste "jestem jakaś dziwna". Kto nie jest obecnie. Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o to, że po 4 tygodniowym pobycie z matką, gdzie wcześniej mieszkałam już od 5 lat z Filipem, zaczęłam dostrzegać, skąd wzięły się moje wady i dlaczego one wciąż sobie dojrzewają, jak wcześniej zrzucalam wszystko na "winę ojca", a jego nie ma już od właśnie 5 lat. Nie usprawiedliwiam tu nic, ani nikogo, po prostu sama zauważam skąd to wszystko.
Już w drugim tygodniu pobytu u mamy zaczęły się zwady i kłótnie, jak wtedy gdy jeszcze z nią mieszkałam. Kwestionuje wszystko, mając mocno zakorzenione jakieś swoje utarte myśli  czy zachowania. Znów pomyślałam, że to pewnie moja wina, bo już obca jej osoba nagle wpada do jej życia na parę tygodni, gdzie ona sama miała już jakoś to wszystko poukładane. Po smsach wnioskuje, że mama kogoś ma, i dobrze. Dobrze, bo tata zawsze ją tłamsił, a ona tłamsiła po kryjomu nas. Nie winię jej, niby skąd miała się tego wszystkiego nauczyć, skoro była "środkowym dzieckiem", a potem trafiła na emocjonalnego tyrana- mojego ojca. Jednak niedawno siostra poprosiła mnie o pomoc w zadaniu na uczelnię. Musiała stworzyć scenariusz, do tego streszczenie, eksplikację oraz narysować scenki, no bo w końcu studiuje grafikę komputerową. Było jej ciężko z opisaniem tego wszystkiego, więc poprosiła o pomoc. Ja długo już nic nie pisałam, (będąc na dziennikarstwie miałam swoje blogi o uczuciach, często opisywałam co myślę, to bardzo pomagało, bo ciężko nawiązuje kontakt z kimś i trudno mi czasem opowiedzieć zwięźle co myślę, pisząc- widzę wszystko, mogę coś dodać, przemyśleć, zedytowac) więc trochę przestraszyłam się tego zadania, ale chciałam jej pomóc, w końcu jestem starszą siostrą :) W trakcie przeglądania tego co narysowała i scenariusza do całości, zauważyłam, że jest to scenariusz na podstawie jej życia, a raczej urywków, w których to kolejno mama, babcia i jej przyjaciółka Gabi wypowiadały się w kontekście tego, co według nich powinna robić w przyszłości. Stąd jej ciągle niezdecydowanie i obojętność na to co ma być u niej w przyszłości. Wcale mnie to nie zdziwiło, zobaczyłam tu siebie, ponieważ ja dopiero od około roku mniej więcej odnalazłam swoją drogę w życiu. To był pierwszy raz jak spojrzałam na wszystko z boku i powiedziałam: nosz kurwa rzeczywiście!
Totalnie mnie olśniło. Zaczęłam łączyć wątki, że to nie moja wina, że nie dokończyłam studiów dziennikarskich, że poszłam do liceum na biol-pol, w czym się kompletnie nie widziałam. Przecież to są ICH marzenia, nie moje. U mnie w rodzinie jest już filolog. Brat mamy, więc po co więcej takich, nie ma jeszcze lekarza ani adwokata czy też dziennikarza, pielegniarki, bizneswoman, no przecież to oczywiste, że każdy chcę, żebym była wszystkim. Stąd tyle zajęć za małolata: pływanie wyczynowe, taniec, gra na pianinie, malowanie, jeszcze więcej tańca, chór, zajęcia plastyczne, no przecież muszę być dobra z każdej strony! Kto wie, co mi się przyda w życiu.
Problem w tym, że nigdy nie kończyłam nic co zaczęłam, bo było tego zawsze tyle, że mnie to najzwyczajniej w świecie przerastało. Teraz naprawdę bardzo wiele umiem, ale nie na 100%, a to już bardziej przeszkadzało mojej malutkiej perfekcjonistce wewnątrz. Never enough, jak to mówią. No ale nic, widziałam, że rodziców frustruje to, że inne dzieci są "naj" w czymś, a my z siostrą w pewnym momencie przestałysmy przynosić świadectwa z paskiem, dobre oceny czy osiągnięcia gdziekolwiek. Samą "pogoń" za tym byciem we wszystkim najlepszym zauważam mocno od czasu jak poszłyśmy z siostrą na uczelnię. Babcia i jej niby nie szkodliwe "ale ty masz zdolne córki, same 5 na studiach" i mamy odpowiedź: "moje lata mówienia im 'ucz się' wreszcie się opłaciły i teraz procentują". Nie. To tak nie działa. Każdy musi do pewnych decyzji czy przekonań dojść i dorosnąć samemu.
Lecąc dalej. Dziś miałam flashback związany z tym, że w towarzystwie nigdy nie mogłam się przy mamie odezwać do kogoś starszego ode mnie. Ciągle jej karcące spojrzenie, "idź się pobawić", czy sam fakt tego, że według niej dzieci nie powinny siedzieć z dorosłymi skutkują teraz tym, że boję się odezwać do kogokolwiek, zwłaszcza w jej towarzystwie. Ostatnio jej koleżanka zaczepiła nas na spacerze. Ja oczywiście w ciąży, więc dopytuje mnie co tam jak tam, jak się czuje, kiedy termin, taki small-talk. Ja ciągle zerkałam na mamę, podświadomie prosząc o pozwolenie na odpowiedzenie na pytania. Starałam się, żeby tego nie było widać, jednak wiem, że właśnie to hamuje wiele emocji we mnie, a wymusza te niewłaściwe. Potem miałam przy niej zamówić nam obiad przez telefon, zestresowałam się bardzo tym faktem, że powiem coś źle i zaraz będzie mnie karcić tym samym spojrzeniem sprzed lat. Ciężko mi cokolwiek załatwić, czy lekarza, czy urzędowa sprawę, ponieważ mama zawsze robiła to za nas, twierdząc, że my coś źle powiemy, albo nie powiemy wszystkiego. Wcześniej to do mnie nie dochodziło, że takie błahostki, aż tak, odbiją się na mnie i tym jak się teraz zachowuję.
Kolejna sprawa to moja tusza i większa waga. Ostatnio mama znalazła na swoim komputerze nasze zdjęcia z wyjazdu do cioci do Warszawy. "ALE WYŚCIE BYŁY CHUDE! NAWET JA PRZY WAS WTEDY WYGLĄDAŁAM JAK WIELORYB". I cyk. Ja to pamiętam inaczej. Pamiętam, że nigdy tak wtedy nie powiedziała, zabierając nam sprzed nosa babci ciasto po niedzielnym obiedzie, zabraniając jeść słodycze czy ciastka, zawsze twierdzila, że mogłybyśmy schudnąć jeszcze, robiąc już szczyt naszych możliwości. Nigdy nie dostałam zwolnienia z wf, chodziłam przez całe miasto pieszo dzień w dzień do szkoły, nie mogłam słodyczy, soków, napoi, fastfoodow, solonych przekąsek (pamiętam jak się cieszyłam na wyjście do kina, popcorn to było coś), a i tak mimo to, byłyśmy zbyt tęgie. Oczywiście jej oczami, bo ją w naszym wieku można było w pasie dwa razy objąć.
To wszystko wydaje się bardzo błahe i głupie, ale teraz dostrzegam to, jak bardzo to rzutowało na to, jakie jesteśmy teraz.
Pamiętam niedawną kłótnie w której usłyszałam od mamy "inni mają gorzej". Ale problem w tym, że ja nie jestem inni. Nie chcę już więcej się do nikogo porównywać, czy to dobrze, czy to źle, chciałabym wreszcie być JA, że to JA mam z czymś źle albo dobrze, bo JA to przeżywam. Nie inni. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wcale nie mam tak źle, i że może faktycznie są osoby w gorszej sytuacji, ale są także ci w lepszej, i to bardziej w ich stronę chciałabym się piąć. Inni mają gorzej, działa na mnie dołująco i destrukcyjnie. Co też poniekąd jest wina rodziców. Jak już wspomniałam, ich hobby było porównywanie nas do tych "wyimaginowanych dzieci koleżanki twojej starej". Nie chciałabym tak mówić do mojego syna, chcę żeby czuł się u nas wyjątkowy i najlepszy mimo wszystko, mimo gorszej oceny, drobnego wypadku, stłuczenia czegoś czy jak coś nie wyszło a także wtedy gdy jest zupełnie odwrotnie, czyli jak będzie miał super oceny, żadnych problemów, stworzenia czegoś niesamowitego i jak wszystko mu wychodzi. Nie mówię tu o braku kar, ale rozmowie, o każdym za i przeciw, czyli czemuś, co zawsze brakowało mi.
Nie pozwalano mi prawidłowo czuć, miałam tylko wyobrażenia o uczuciach, dlatego też teraz ciężko mi je czasami stosować, mimo że ich definicja jest mi dobrze znana. Właśnie a propos definicji. Lubię mieć wszystko poukładane, być zawsze na czas, mieć porządek oraz zawsze plan awaryjny. Tego akurat uczyła mnie babcia, a mojej mamie to strasznie przeszkadza i bardzo to krytykuje. A ja właśnie tak czułam się bezpieczna. Mając zawsze plan i porządek we wszystkim. Zawsze czułam, że to właśnie taka namacalna definicja tego, że wtedy mam też porządek w głowie.
Przejdźmy do kwestii funduszy. Tutaj akurat bardziej jest to związane z tym, jak mój ojciec dbał o budżet rodziny, opłacał rachunki i zajmował się wszystkim związanym z tym tematem. Przez to ja nigdy nie potrzebowałam potrafić dbać o pieniądze, nimi zarządzać czy cokolwiek (olaboga) oszczędzić. Jak poznałam Filipa, czułam, że to będzie "jego obowiązek", bo skoro mój tata dawał radę z takimi rzeczami, to jest naturalnym, że każdy mężczyzna się tym zajmuje. Otóż nie. Filip nigdy nie miał pieniędzy, ba, nawet nie raz udało mu się szybko rozprawić z każdą złotówką jaka wpadła mu w ręce, a nawet raz zaciągnąć kredyt na vivusie, czy będąc w Krakowie, żyć w przepychu z karty jego matki. Dlatego też dbanie o fundusze i rachunki spadło całkowicie na mnie. Taką decyzję podjęłam po tym, jak pewnego dnia w naszym mieszkaniu odcięli prąd, bo Filip nie uiścił za to opłaty. Od początku oczywiście zrobiłam plan. Rozpisałam miesiąc po miesiącu ile mamy wydać, na co, długi, rachunki i sobie odhaczam, co się udało, lub też na co trzeba zebrać. Jest to chyba dla mnie najtrudniejsza rzecz w życiu, właśnie to, żeby jakoś ten budżet wiązać i opłacać wszystko. Nienawidzę się tym martwić, bo przez to też większość moich załamań, ale wiem też, że takie jest dorosłe życie.
Dlatego też poszłam na studia, które pomogą mi szukać lepszej pracy, np w korporacji. Mając to co teraz, ale więcej pieniędzy co miesiąc, wreszcie zaczniemy odkładac. Na dzień 16.07.2021 został dług na karcie debetowej- 10 tysięcy. Całą resztę udało się spłacić do tej pory. Z długu 30 tysięcy zostało tylko i aż 10. Przydałby się jakiś lotek.
Zaraz będzie z nami Marcel, musimy jakoś dać radę. To znaczy ja muszę, z Filipem psychicznie nie jest najlepiej, ale i za to się bierzemy. Jesteśmy ze wszystkim razem i moim celem teraz jak mam wolne od pracy i szkoły i Marcela nie ma jeszcze z nami, jest pomoc Filipowi i zrobić remont mieszkania. Musimy uzbierać 1000 zł na już, żeby ogarnąć to całe g. Do opłacenia rachunków brakuje mi 650 zł, bo szkoła i prąd jeszcze nie są opłacone za ten miesiąc.
Musiałam to zapisać, lepiej się czuje widząc to, a nie mając to tylko w głowie, pociesza mnie fakt, że to nie moje widzimisię, tylko realne rzeczy, które też uda się ogarnąć z czasem.
Podsumowując. Te 4 tygodnie były dla mnie trudne psychicznie. Mama dalej ukrywa fakt, że nie jest sama, a ja już większość sekretów, zostawię dla siebie, na pewno ona będzie ostatnią osobą, która dowie się o czymś co mnie gryzie. Wykorzystuje każdy szczegół, a w szczególności te o Filipie. Gdy cokolwiek mnie gryzie w związku z nim i akurat rozmawiamy, a ja jej powiem, potem wypomina to mi (ale o nim) z rok albo i więcej. Mówię wymijająco o tym, że nie zrobił remontu, żeby znów nie suszyła głowy o to, że on jest jak wszystkie chłopy i nic nie może zrobić porządnie. Jej mama na przykład, a moja babcia, zawsze broniła taty i wychodziła do niego z sercem na dłoni, mimo, że nie zasługiwał, na co moja mama teraz przyjęła kontrę i czeka tylko na Filipa potknięcia, bo nie miała wsparcia w swoje mamie, jak mówiła jej, że tata to okropna osoba. Ja w swojej też nie mam, nie ważne czy mówię coś pozytywnego czy negatywnego o Filipie. Potem tylko przy najbliższej okazji wysłuchuje, że tak sobie wybrałam. No tak. Kolejny nie taki wybór w życiu, na jaki czekała mama.
Nie wiem tylko czemu to wszystko co robi wymusza na mnie takie zachowania, jak zawsze robił mój ojciec, (kłamstwa, chęć życia "zastaw się a postaw się", wszystko musi być idealnie) które suma summarum sprawiały, że był nieszczerą osobą. Nie chcę tego bardzo, chcę być sobą. Jednak każde moje potknięcie się jest wyśmiewane czy krytykowanie. Matka nie pozwala mi nawet na okazywanie strachu, jak jej opowiadałam, że boję się dzwonić do ludzi i z nimi rozmawiać - "strach jest po to żeby go przezwyciężać, nie możesz się bać!"- i gdy jest burza- "czego się boisz, przecież w domu jesteś!"- czy też rzeczy związane z porodem i wychowaniem dziecka, a także moje płacze czy wzruszenia-"przy dziecku też tak będziesz?! Też będziesz się źle czuć?? Nie ma takiej opcji!!"- zawsze daje kontrę. Nieustraszona kobieta, co boi się powiedzieć, że ma faceta. Przykład na medal.
Ale sama o sobie mówi, że mogłaby być psychologiem. Jak cudnie, że żeby nim zostać trzeba bardzo wielu lat nauki, przygotowań, warsztatów oraz praktyk czy stażu, gdyby nie to, może miałabym jeszcze gorzej.
Mówi, że zawsze stawiała mnie i moją siostrę na pierwszym miejscu. Być może, szkoda, że mnie tam chyba wtedy nie było. Do tej pory czuję, że tak nie jest. Wiem, że Laura jest młodsza i nie ma nikogo, ale od zawsze wyraźnie było widać, że ja jestem córeczką tatusia, a Laura mamusi. Teraz została tylko Laura i mama. Ja muszę się uczyć żyć sama. Nawet będąc tutaj czuję, że jestem sama, a moją jedyną rodziną jest Filip i już teraz Marcel. Często mi było przykro, że tak daleko jestem sama. Wtedy mama mówiła "sama sobie wybrałaś, sama wyjechałaś tak daleko", zamiast dać sygnał- jestem tu i zawsze będę dla Ciebie i będę na Ciebie czekać. To dziwne, że sama nawet do mnie nie dzwoni. Przecież telefon ma opcję "połącz", z obydwu stron. Przez 4 tygodnie pobytu tutaj, nie powiedziała, że mnie kocha, natomiast jak piszemy na messengerze, pisze to za każdym razem. Chyba tylko po to, że w razie znalezienia mnie kiedyś martwej, odsuną od niej zarzuty. "Bo jak to przez matkę, jak tak kochała!!!???".
Zawsze jakoś sobie radziłam, teraz też dam radę. Tylko czemu muszę ze wszystkim w głowie być sama. Nie chcę ciągnąć Filipa w dół, i tak jest z nim nienajlepiej, a każda inna osoba ma swoje życie pełne smutków i radości, ja już nie chce dorzucać się do poczucia winy. Jakoś tak... łączę kropki, może to mi właśnie pomaga, i idę dalej, zwłaszcza dzięki trzymaniu kciuków przez najbliższych, nie koniecznie z rodziny.

czwartek, 20 czerwca 2019


   Wiecie, że nawet nie wiem jak zacząć? Od kąd jestem na studiach dziennikarskich, najciężej właśnie mi coś zacząć. Teraz pytanie czy dziennikarstwo wychowuje leni?
Miałam sprzątać, bo dziś mamy gościa, ale wole pisać wpis. Czy to nie normalne? U mnie jak najbardziej.
   Ostatni wpis dodałam ponad rok temu, od tamtej pory przeprowadziliśmy się do nowego mieszkania, już naszego własnego, na nasz wspólny kredyt. We wcześniejszych wpisach pisałam, że chciałabym, żeby Filip został moim mężem, w sumie po części już się to stało, kredyt związał nas mocniej niż przysięga małżeńska. Poza tym 16 września 2017, powiedziałam "TAK", więc już dwa kroki bliżej. Nasze mieszkanie ma 80m2. Jest w sam raz. Wcześniej jak pamiętacie mieszkałam już w takim na 300m2, i w takim na prawie 70m2. Aktualnie jest najlepiej. Powoli kończymy się urządzać, zostały kosmetyczne sprawy jak pomalowanie mieszkania jeszcze raz, ale to już na wiosnę, jak kupienie i zamontowanie listw przypodłogowych i progowych, jak kupienie nowej deski do toalety.... TAK, "fachowiec", który robił nasze mieszkanie połamał deskę do toalety, a zasadniczo zaczep pomiędzy klapą a tą okrągłą częścią, której nazwy nie znam, i nie mówiąc nam nic, ani się nie kwapiąc do jej odkupienia "skleił" połamaną część na silikon, myśląc, że nigdy w życiu tego nie zauważymy. W ogóle były straszne jaja z tym gościem, ale to długa opowieść, z której wniosek jest jeden : lepiej wziąć ekipę, niż jednego Krzyśka z Trójkąta. Wracając, większość rzeczy już jest, i można mieszkać ze spokojną głową.
   Mam swoje zdanie na temat tego co chcę w życiu. Na pewno nie chciałabym nic zrobić odwrotnie, niż właśnie mieszkanie, skończenie studiów, lepsza praca, ślub a na końcu dzieci. Z doświadczenia wiem, że życie pisze własne scenariusze i ma lepszy budżet niż ja, więc po prostu wszystko wdraża w życie, ale patrząc na to co ja bym mogła zrobić to już prawie trzy rzeczy są spełnione. Powiem Wam, że siedząc kiedyś na kasie w Ikea, byłam najbardziej miła jak się tylko da, właśnie po to, żeby ktoś do mnie podszedł, podziękował za miłą obsługę i wręczył wizytówkę firmy, z pięknym hasłem niczym z reklamy : To właśnie Ciebie chcemy! Takie właśnie są marzenia. Piękne, wyidealizowane, płytkie i nie zawsze spełnione. Nie raz jednak słyszałam siedząc na kasie "Pani się tu marnuje!", jednak moje kierownictwo nie podziela tego zdania. Pracuję tam już 2 lata. Po "castingu" ostała mi się rola kasjera liniowego. Masa obowiązków, wiele krytyki, wszystko co spada, klienci, ich samopoczucie, kasjerzy, ich samopoczucie, kierownicy, ich samopoczucie, spada właśnie na mnie. Myślałam, że będąc liniowym trochę zmienię zamysł monotonnej pracy na kasie, ale wkopałam się niewyobrażalnie. Bez wskazówek, pomocy, bez konkretnych szkoleń, wrzucili mnie na głęboką wodę. Sęk w tym, że akurat w wodzie potrafię pływać. To raczej głębokie bagno. Także teraz jestem w miejscu, w którym mam masę obowiązków którym nie mogę podołać w pracy, w domu, no i oczywiście w szkole. Przez to wszystko co nagle na mnie spadło w wielkiej ilości, zrezygnowałam z absolutnie wszystkich przyjemności jakie miałam w życiu. Przymusowo moimi przyjemnościami stało się sprzątanie, pranie... obowiązki domowe. Gotować akurat lubię. Tym bardziej dla Filipa. Sprawia mi ogromną przyjemność jego radość ze smaków jakie dla niego przygotowywałam.
      Właśnie dlatego, że obowiązków przybywało, a czasu wcale nie, zaczęłam się cieszyć z bardzo drobnych rzeczy. Jak promienie wiosennego słońca w naszym mieszkaniu, jak śpiący cicho kot, jak parująca świeża kawa, jak uśmiech Filipa, jak ciepły letni poranek na tarasie z nogami wyłożonymi na miękkiej poduszce, jak fruwające ptaki za oknem. Szukałam szczęścia.
      Po świętach i nowym roku, w lutym dostałam urlop. Cały spędziłam u mamy, a teściowa wtedy mocno się na mnie obraziła, bo nie przyjechałam po nią do Włoch, a czuła się źle. (???) Dlatego też luty był nerwowy. W marcu wyprowadziła się Basia (była u nas od października) i zamontowali nam wreszcie schody. Mieliśmy dostęp do antresoli na górze. Pod koniec kwietnia miałam wypadek. Perforacja błony bębenkowej. Dostałam od pani laryngolog tydzień zwolnienia z pracy. To było jakoś przed 1 maja. Czyściłam sobie ucho patyczkiem kosmetycznym i zasłaniałam roletę antywłamaniową w kuchni. Kaseta, którą się nią zwijało wyskoczyła ze ściany, uderzając mnie w rękę, i ja wcisnęłam patyczek w ucho, robiąc sobie krwiaka. Zapewne też uszkodziłam trochę błonę w uchu wewnętrznym, bo równowaga to wtedy był jakiś kosmos. Poza tym straciłam też czucie w prawej stronie buzi. Jak po znieczuleniu u dentysty. 1 maja pojechaliśmy nad Kolorowe Jeziorka z bratem Filipa. Wszystko byłoby cudnie, ale mi nie przeszło :) Miałam straszne zawroty głowy i to takie, że nie dawałam rady wstać z łóżka, już nawet nie mówiąc o chodzeniu prosto. No ale poszliśmy na wycieczkę w górę. W górę, bo pani pokierowała nas od końca wycieczki. Cudownie. Szłam w górę, po błocie, jak paralityk, próbując złapać równowagę. Po powrocie z wycieczki jednak stwierdziłam, że jadę do szpitala, nie miałam już siły zasypiać, budzić się i egzystować z zawrotami głowy. Kiedy dotarłam do szpitala, po badaniach okazało się, że to nie zawroty głowy, tylko bardzo duży oczopląs, który ja z mojej perspektywy widziałam jako zawroty w głowie. Powiem Wam, że dla zdrowego człowieka, nagła dysfunkcja w czymkolwiek, to tragedia. Taka niemoc, i różne myśli, to coś czego jest najwięcej w takim momencie. Te parę dni w szpitalu dało mi dużo do myślenia. Wyselekcjonowało inajlepszych znajomych, i pokazało najczystsze serca.
------
Ten wpis pisze na raty, zatem zaraz dokonam małego update.
------
Dziś mamy 20 czerwca 2019.
Kilka ważnych dla mnie dat i wydarzeń.

17 maja- stałam się żoną. To wielka funkcja. O samych przygotowaniach pisać nie będę, ale napiszę o przeżyciach, jakie mi towarzyszą teraz, gdy już mam męża. To w sumie nowy rozdział. Bardzo piękny rozdział, w którym towarzyszyli mu wszyscy, których kocham najmocniej. Między mną a Filipem nic się nie zmieniło. Ha, skłamałam. Jak to było na przysiędze "kochamy się mocniej niż wczoraj i słabiej niż jutro", dlatego też jest tylko lepiej. Kocham tego świra z całego serca i mam nadzieję, że tak już będzie zawsze, albo i lepiej.
Skupmy się jednak na moich odczuciach jako żony. Czuje się inaczej. Lepiej. Wcześniej czułam się bezpiecznie, teraz jestem bezpieczna.  Na tyle bezpieczna, żeby móc powiedzieć, że wreszcie mam wymarzoną rodzinę. Taką, jaką zawsze chciałam mieć. Moją, bez nerwów, bez stresu, z dużą dozą miłości, której brakowało mi w mojej.
Żoną jest zostać łatwo, ale nią być, niesamowicie trudno. Każdego dnia boję się że nie sprostam, staram się bardzo, żeby wszystko między nami było dobrze, bo już teraz jestem szyją tej rodziny. I kocham tą rolę.

Potem były wspaniałe wakacje, zakochałam się w Sardynii, może dlatego, że byłam tam z moim ukochanym. Widoki, jedzenie, ciepło, woda... Poczułam, że tam chciałabym się zestarzeć :) Ale to dalekie plany, skupmy się na tym co tu i teraz.

Chciałabym trochę rozwinąć blog, i starać się jak najczęściej zostawiać tu wpisy.
Chciałabym zmienić jego nazwę, a może i całą domenę, jednak nie wiem, czy na nowo uda mi się osiągnąć taką liczbę czytających, zobaczymy co pokaże czas

Póki co 30 stopni za oknem daje mi dużo do myślenia nad sobą i tym co aktualnie dzieje się u mnie w życiu.
Chciałabym wreszcie zmienić pracę, może ten rok będzie przełomowy, w końcu kończą mi się raty za kilka rzeczy, więc kto wie? :)


Już nie będę się rozpisywać bardziej, przepraszam za poszarpany post, będę rozwijać myśli w następnych wpisach




Na dziś tylko życzę chłodnego dnia i zostawiam was z Kings of Leon- Closer

Do zaś :)

środa, 11 stycznia 2017

Koniec i początek.

Troszkę mnie tu nie widzieliście prawda?
Może to i lepiej, odpoczęliśmy od siebie i zdążyliśmy się za sobą stęsknić,
a to już bardzo wiele. Jestem tu z kilku dosyć istotnych powodów. Po
pierwsze, chciałabym wam opowiedzieć co działo się u mnie przez ostatni rok,
a było tego dosyć dużo, po drugie, jak nakazała Pani psycholog- ma mi to
pomóc w walce z czymś z czym borykam się od bardzo dawna- z depresją.
O ostatnim moim roku z życia można było by napisać obszerną książkę, lub
nakręcić niesamowity film, tylko obawiam się, że realizatorom zabrakło by
pieniędzy na super efekty specjalne, jakie moje życie mi dostarczyło. Może
przejdę jednak do rzeczy, bo chyba po to tu jesteście :)
Cofnijmy się o kilka miesięcy wstecz, dokładnie do listopada zeszłego roku,
ponieważ od tamtej pory troszkę się u mnie pozmieniało, przeprowadziłam się
wtedy do taty, ponieważ trzeba się było nim zaopiekować. Troszkę mało pisałam
otwarcie o tacie w internecie, ponieważ był bardzo mobilny i zawsze mógł
przeczytać wszystko co udostępniłam, z czasem nawet na Facebooku wyłączyłam
mu możliwość czytania moich postów i wpisów, ale zawsze znalazł jakiś sposób,
żeby dowiedzieć się co w moim internecie słychać. Po wyprowadzce do taty, mama
przestała do mnie pisać i dzwonić, a tata sam mówił, że skoro tego nie robi to może
właśnie znaczyć, że nie za bardzo ją obchodzę, z resztą- jak sam mówił- wiedziała
dobrze, że tata ma pieniądze i nie martwiła się, że może mi czegoś zabraknąć.
Jednak było mi wiele brak, a szczególnie, miłości od nich. Będąc u taty, bardzo się
usamodzielniłam, tata pracował od 8 do 16, ale pracował godzinę drogi od domu,
zatem wyjeżdżając o 6-7 rano wracał koło 18-19 wieczorem i pierwsze co włączał Fakty,
a potem jadł coś co przygotowałam, lub co sam zrobił, zażywał tonę leków i szedł spać.
I tak codziennie. A ja.. no cóż, odzwyczaiłam się od przebywania z ludźmi jeszcze
bardziej, co wcale nie pomagało mi w życiu, po tym jak wyprowadziłam się od mamy.
Jeśli o mamie mowa, wyprowadziłam się nie tylko po to, żeby pomóc tacie. Chciałam także
odpocząć od mamy i tego, że nie podobał jej się mój chłopak. Od tego, że nie miała już dla
nas ani cierpliwości, ani czasu. Przychodziła do domu rozdrażniona, smutna- często się
kłóciłyśmy. Nie myślcie jednak, że u taty było kolorowo. Jego wieczne pretensje, wytyki,
że nie sprzątam, że nie gotuje, że nie piorę, że nie pracuję, tylko siedzę w domu, co
oczywiście było nieprawdą, ponieważ mój dzień zaczynałam od kawy, włączenia radia i
ogarnięcia całego bałaganu jaki zostawiał mój tata po swojej kolacji, oraz śniadaniu. Potem
pranie (wyprać, zebrać wyschnięte, powiesić mokre), no i wyłożenie i włożenie do zmywarki.
Z internetem było kiepsko, więc mało robiłam na internecie, pisałam tylko wiadomości, bo
co mi więcej pozostało po wyprowadzce do taty. Mieszkał daleko od miasta, i nie miałam
jeszcze auta, więc i spotkać się z kimś było ciężko. Pomijając to, że nikt nawet o to nie prosił.
W całej sytuacji, jedyną osobą, która została mi, bez kłótni, no i kimś kto się mną interesował,
był Filip. To z nim co wieczór zasypiałam, dzwoniąc do niego na Skype. Czekałam cały dzień
tylko po to, żeby wieczorem go zobaczyć, usłyszeć, przy nim się uspokoić i zasnąć.
Byłam wtedy tak niesamowicie nerwowa, że jak biedaczek spóźnił się, to robiłam mu straszne
awantury, bo przecież tyle na niego czekałam, a on mnie olewał, chociaż wcale tego nie robił.
Niestety wtedy już mocno chorowałam, dostałam jakiejś nerwicy i depresji. Bałam się, że
ktoś mi stoi w pokoju i się na mnie patrzy- to nie było normalne. Wiedziałam, że jak zwrócę
się z tym do taty to to zbagatelizuje, a wtedy czułam, że mama się odsunęła, więc do niej nawet
nie chciałam się odzywać. Winiłam ją za całe zło tego świata, bo miałam dosyć, że odpycha
tak niesamowitą osobę, jaką jest mój wspaniały chłopak.
Przyszły święta, spędziłam je z tatą i z moim ukochanym, ponieważ nie chciałam żeby tata został sam,a siostra wigilię spędziła z mamą i jej rodziną. Było mi tak miło, jak wigilijnego poranka zaskoczyła mnie tym, że przyszła mi pomóc, i po prostu mnie odwiedzić, tak sama z siebie. Przyniosła wtedy prezenty od mamy i babci dla mnie. Zaskoczyło mnie to wtedy bardzo. Nie spodziewałam się.  Po wigilii wszystko przeleciało niesamowicie szybko, sylwester, na którym to się popłakałam, bo wysłałam mamie życzenia noworoczne, na które nie odpisała.. poczułam się wtedy niesamowicie samotna, mimo iż był przy mnie Filip, tulił mnie i mówił, żebym płakała, wtedy miało być mi lepiej. Niestety nie było. Pomyślałam, że jaki Sylwester, taki cały rok, i z bardzo się nie pomyliłam, o czym za chwilę.
Styczeń- i cały miesiąc spędzony w domu, ponieważ tata chciał, żebym mu pomagała, dla niego najlepiej by było, gdybym nie pracowała nic a nic, tylko siedziała z nim i przy nim. Chciał mnie tylko dla siebie, bo bał się zostać sam. Mówił, że boi się, że jak zostanie sam to wtedy dostanie zawału (miał cardiowerter, założony rok wcześniej), i nikt mu nie pomoże. Gdy tylko wyjeżdżałam na uczelnię, dzwonił, pisał, lamentował, że coś mu się dzieje, a tak naprawdę tylko chciał, żebym już wróciła. Cały czas próbował mi wmówić wszystko, żebym tylko przy nim siedziała. Sytuacja z dnia na dzień ze zdrowiem taty była coraz gorsza, co wieczór musiałam przemywać jego wrzodziejące rany na nogach i je bandażować. Najgorzej, bo nie mógł się uderzyć czy zadrapać, bo rana się nie goiła i wrzodziała. Wszystko dlatego, że miał cukrzycę. Był tak otyły, że z czasem musiałam pomagać mu zakładać spodnie, a potem nawet pomagać wsiadać czy wysiadać z samochodu.
Luty- dla mnie najbardziej wykańczający miesiąc 2016 roku. Fizycznie, bo psychicznie wykończył mnie czerwiec. Wracając. Cały luty miałam wykupiony bilet miesięczny do Krakowa. Jeździłam codziennie, bo o zamieszkaniu tam, po znalezieniu pracy, tata nie chciał nawet słyszeć ani słowem. Było mi bardzo ciężko codziennie wstawać o 5 rano, tak, by o 6 wyjechać, żeby nie spóźnić się do pracy na 9. Potem robienie umów. Pracowałam w call center po 12 godzin dziennie, coraz gorzej mi szło, coraz mniej spałam i coraz gorzej się czułam. Wracałam koło 23 do domu, czekałam aż Filip zadzwoni do mnie na skype i tak zasypialiśmy. Noc w noc. Ciężko mi się spało, bo potrafię odpoczywać tylko jak jest całkowicie ciemno, więc po połowie miesiąca, jak już się przyzwyczaiłam, spałam płytko, nie wysypiałam się, gdy dzwonił budzik od razu wstawałam, bo byłam już przebudzona. Jadłam, brałam prysznic i do Krakowa. Potem z Krakowa, brałam prysznic i szłam spać. Po miesiącu dostałam choroby wrzodowej i wylądowałam w szpitalu. Cały marzec trzymałam się odpowiedniej diety wrzodowej, mało jadłam, i schudłam kilka kilogramów. Smakowało mi to co wtedy jadałam, chciałam też gotować to tacie, ale on wolał jedzenie w KFC. Wolał gazowane napoje. Mieliśmy jedną szafkę w kuchni- pełną słodyczy. Je też bardzo lubił. Z czasem musiałam gotować sobie osobno i jemu osobno. Zaczęłam też grać w zespole, śpiewałam :) Fajnie było poudawać, że się potrafi! Jakoś koło.. połowy marca zmarła babcia. Mama mojego taty. Pamiętam jak koło 3 przyszedł do mnie, usiadł na skraju łóżka, i płakał. Dopiero rano dowiedziałam się czemu, jak się uspokoił. Wtedy już, mimo że nigdy nie mia z nią dobrej więzi, bo go zostawiła i wyjechała jak miał 16 lat, widziałam, że zgasły mu oczy. Ta pustka to była głęboka depresja. 
Potem przyszedł chłodny kwiecień. Przed świętami przyjechał Filip, po to, aby na Wielkanoc zabrać mnie do siebie. Tata oczywiście gadał, że to pewno jego ostatnie święta, i miał do mnie wielkie pretensje o to, że nie chcę ich spędzić z nim. Wpędził mnie w międzyczasie w dosyć poważną depresję. Codziennie powtarzał jak to jest mu źle, i mi też było. Czułam się coraz gorzej, ale powtarzałam sobie, że muszę być silna, bo inaczej Filip mnie odrzuci. Wiedziałam, że on sam nie czuł się dobrze, więc bałam się, że jak się dowie, że i ja czuję się fatalnie, to nie będzie chciał trzymać mnie, niczym kuli u nogi. Kłóciliśmy się często w tamtym okresie o moich rodziców. Wydawali mi szeregi zakazów, mieli zawszę masę wątpliwości do Filipa, co też stawało się moimi wątpliwościami. "Czy jak teraz Filip nie pracuje, to w przyszłości da radę utrzymać naszą rodzinę? Czy się nie załamie? Czy wszystko udźwignie? Czy znajdzie dobrą pracę?" Wiem, wiem, że rodzice martwią się o swoje dzieci, ale wtedy zrobili mi poważny mętlik w głowie. Wtedy po raz pierwszy poczułam, że jestem w takim dołku, że nie chcę żyć. Nie dawałam rady zajmować się ojcem, dbać o siebie, być z Filipem, uczyć się, i sprzątać 300-stu metrowy dom jednocześnie. To było za wiele, jak na moje życie. Musiałam być dorosła, ale część mnie wcale tego nie chciała. Wtedy pomyślałam o siostrze. Pomyślałam, co ona by zrobiła będąc w kropce tak jak ja, i zaczęłam uciekać w muzykę. W rysowanie, w pisanie, w tworzenie, szukałam w domu gratów i własnoręcznie je przerabiałam, zaczęłam się uśmiechać. Sama w sobie. Nie pokazywałam tego uśmiechu nikomu. Po przyjeździe od Filipa, po świętach, złożyłam papiery na kasjerkę do hipermarketu. Przyjęli mnie tam bez problemu.
Nadszedł piękny maj. Często siadałam na tarasie, i w promieniach wiosennego słoneczka, śpiewałam. Śpiewałam co sił w płucach, bo dawało mi to ulgę. W hipermarkecie pracowałam na 2 zmiany, tydzień od 6 do 14, a kolejny od 14 do 22. Lubiłam tą drugą zmianę, ponieważ nie musiałam rozmawiać z tatą, tylko przychodziłam, zrobiłam mu opatrunek, wzięłam prysznic, i szłam spać. Do pracy chodziłam na nogach, tam i z powrotem. 30 minut drogi pieszo w jedną stronę. Dzięki pracy i codziennemu treningowi schudłam z 10 kg. A tata? Tata coraz mniej chodził do pracy. Dzwonił do koleżanek z pracy, mówiąc im, że nie daje rady ze swoim zdrowiem. Bolał go bardzo brzuch. Miał przepuklinę, ale mimo to jeszcze narzekał na bóle żołądka. Na tyle silne, że przestawał jeść. 
Pracowało mi się bardzo dobrze. Byłam często zmęczona, ale na swojej zmianie poznałam bardzo fajną dziewczynę, mniej więcej w moim wieku, "towarzyszkę niedoli", jak to się śmiałyśmy. Oprócz starszych pracownic, które o byle co donosiły na mnie kierownikowi, (mówiąc byle co mam na myśli fakt, że jednej z nich, zważyłam 0,5 kg więcej papryki i trzeba było się pochwalić głównemu kierownikowi), swoją drogą nie wiem, czy za to są jakieś premie, ale nieważne. Pomijając to, oraz fakt że sama miałam najcięższy dział, obejmujący 3 regały (6 ścian napojów, które samodzielnie musiałam zwozić z magazynu na 1 piętrze), nie było źle. Dobrze wspominam ten swojego rodzaju zapierdziel. Zaczynały się na uczelni egzaminy, musiałam się skupić na nich. Oczywiście nauka do nich to była jakaś męczarnia, bo gdy tylko siadałam do nauki, to tata wołał mnie po totalne bzdury, w stylu "NIKOLA ZOBACZ CO NA TELEEKSPRESIE JEST!" i tak dalej. Jeszcze to włączanie radia codziennie przed 5 rano. Nie radia zet. Radia Maryja. Bo były msze. Msze które jakoś przez 44 lata życia mojego taty nie były istotne. Stały się po śmierci babci.
Pod koniec maja miałam koncert, na którym była Sara, z resztą jej się najmniej spodziewałam, ale kurcze, to dla mnie tyle znaczyło, że tłukła się dla mnie aż z Włocławka tylko po to, żeby posłuchać mojego fałszu. To było prze kochane. Z mojej rodziny nikogo nie było, a Filip chyba wtedy pracował, mniejsza o to. W każdym razie ten koncert to była dla mnie tragedia, nie potrafiłam zaśpiewać dla pełnego baru ludzi, w dodatku, że nie miałam mojego wsparcia.
Tatek denerwował mnie coraz bardziej, a i ja stawałam się coraz doroślejsza. 
10 czerwca tata miał jechać do Zabrza do szpitala na badania wydolnościowe i cardiowertera, mieli mu tam podkręcić cardiowerter i dodać nowe leki (a jak mu układałam to były dni w których zażywał ich naraz aż 15!), no i zostałam z całym wielkim domem sama. Bałam się w nim spać, bałam się, że ktoś mnie okradnie. Pojechałam więc po pracy do mamy na noc. Zabezpieczyłam dom alarmem, wzięłam królika i spałam spokojniej  u mamy w łóżku. Jeździłam taty BMW do pracy, no i na uczelnię. Potem Filip przyjechał, zaraz przed moimi urodzinami, zrobiliśmy zakupy i urządziliśmy mi urodziny na kilka osób. Mama, Laura, Babcia, Dziadek, kolega i koleżanka, no i oczywiście mój ukochany Filipek.
Poczułam, że w sumie to wszyscy którym jakoś na mnie zależy. Kilkanaście dni musiałam jeździć do taty do Zabrza, bo mimo opieki tam, w szpitalu, potrzebował jeszcze mojej opieki. Miał tam zostać jakieś dwa tygodnie, żeby mogli porobić mu absolutnie wszystkie badania. Badania jednak nie pozwalały na wyjście taty ze szpitala i musiałam jeździć do niego coraz częściej, miał coraz dziwniejsze zachcianki, chciał żebym mu przemycała na oddział wszystko czego nie mógł, słodycze, cole, papierosy, obiadki, chipsy "Bo mu się chciało". Jak zapomniałam czegokolwiek, to strasznie mi się dostawało. Przy lekarkach i pielęgniarkach. Z resztą nigdy nie zapomnę słów pani doktor "Pani Hass, ale tatę to trzeba częściej odwiedzać, nie widzi Pani w jakim stanie jest?!". Widziałam. Widziałam to każdego dnia. Ciekawe czy ona wiedziała, jak bardzo wykończona jestem służeniem mu i temu jak obraża mnie i wszystkich, których kocham. 

Pod koniec czerwca zmieniłam pracę. Przeniosłam się do Energylandii, bo tam więcej zarobiłam. Pracowałam tam do 4 lipca.

4 lipca 2016
Około godziny 4 rano ze snu zbudziło mnie buczenie telefonu. Trochę spanikowana się ocknęłam się, bo myślałam, że to budzik. Dzwonił lekarz, że tata godzinę wcześniej zmarł na zawał. Szok. Nie mogło to do mnie dojść, próbowałam z lekarzem porozmawiać spokojnie, ale czułam, że nie daję rady. Dzień wcześniej u niego byłam. Był w śpiączce. Takiego go widziałam jak miał pierwszy zawał. Miał na klatce piersiowej jakieś wielkie urządzenie, miał ledwo otwarte oczy, i pompowała go aparatura. Stałam nad nim i powiedziałam do niego, że nie wiem co z nim zrobię jak się obudzi. Jeśli by do tego doszło obcięli by mu zapewne nogi, a że ważył 140 kilo to pewno musiałabym go dźwigać do łazienki...i jeszcze więcej przy nim być. Poszedłby na rentę i nie było by za co spłacać kredytu na dom, i były by z tego same problemy. W każdym razie nie spodziewałam się, że umrze w wieku 45 lat.

Po pogrzebie pojechałam do Filipa. I to u niego podjęliśmy najważniejszą, póki co, decyzję mojego życia. Zamieszkamy razem. Musiałam zamknąć tamten etap życia, a ten wpis dziś oficjalnie go zamyka.

Dziś mamy 11 stycznia 2017 roku. 5 miesiąc mieszkania razem.
Na początku oczywiście było ciężko. Mnie ani Filipa nikt nigdy nie uczył gospodarowania pieniędzmi, bo ja zawsze dostawałam wyliczone albo "reszta do oddania", a Filip brał co chciał, więc też nie musiał pieniędzy dawkować. To trochę pogrzebało nasz budżet. Jednak człowiek uczy się na błędach i już i tak coraz lepiej nam idzie gospodarzenie. 

Wiecie co wam powiem na koniec?
Może to przykre, ale.. nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Szczerze powiedziawszy w tym momencie jestem najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Mam wspaniałego mężczyznę, chciałabym, aby pewnego dnia został moim mężem. Mam cudne mieszkanie, w którym wreszcie czuję się jak u siebie, i mam dwa cudne kotki o których posiadaniu marzyłam od zawsze. Może nie jestem bogata, nie mam drogich ciuchów, wypasionego auta i nie jem kawioru, ale gdy zaoszczędzimy mój ukochany bierze mnie na randkę na sushi i kino (rzadko, ale dzięki temu to jest takie wyjątkowe), czerpię przyjemność ze sprzątania (nie nadmiernego, ale lubię porządek), nauczyłam się piec i gotować pyszności, które wszystkim smakują, odkryłam nowe talenty i powooooli wracam do zdrowia psychicznego. Potrzebuję jeszcze tylko psychologa, albo dużo wsparcia i motywacji. Motywacji do robienia audycji, do pływania, do biegania, do jedzenia zdrowych rzeczy, bo tego własnie chcę. Wyzdrowieć i poczuć się piękna. Schudnąć. I właśnie zaczynam ten etap.
Liczę na wasze wsparcie, zrozumienie, i troskę.


piosenka która towarzyszyła mi w pisaniu wpisu. piszę go w sumie od września. dziękuję za przeczytanie


  • Mad World - Gary Jules

piątek, 4 marca 2016



 Na początku chciałam podziękować przedwczorajszej i wczorajszej fali komentarzy 
i wiadomości jakie do mnie dotarły. Cóż mogę więcej rzec? Będzie więcej wpisów ;)
Dzisiejszy może nie będzie tak rzewny jak wczorajszy, ale temat wydaje mi się nie mniej ważny. Jeśli jesteście ciekawi tego co dziś wam przedstawię- zapraszam do czytania.

Kilka tygodni temu, jadąc na uczelnie, jak zwykle mam w zwyczaju
bacznie obserwowałam ludzi podróżujących ze mną. Zaczęłam wtedy
dosyć mocno zastanawiać się nad tym, kim bym była, gdybym nie 
była sobą.
Przyznacie, że to trochę dziwne. Młoda dziewczyna, z dużymi i dobrymi
perspektywami na przyszłość, z planem, myśli o tak banalnej rzeczy.
Jednak tak jest bardzo często. Często zastanawiam się jak by było, gdybym
obrała inną drogę w życiu. Podtrzymała się i została tancerką w prestiżowej
szkole, czy aktorką w jednym z lepszych teatrów w Krakowie, albo gdybym
nie zrezygnowała z codziennych ćwiczeń na keyboardzie, czy grałabym teraz
na konkursach chopinowskich? Nie tylko nad tym się zastanawiałam. Dużo
myślałam nad tym co by było gdybym urodziła się w innej rodzinie, pod 
innym imieniem, nazwiskiem, płcią. Co robiłabym teraz, w wieku 20-stu lat.
Takie myśli czasami są bardzo motywujące, bo dzięki nim najczęściej 
zauważamy, to co aktualnie mamy. Powiem wam coś więcej. Jeśli ktoś z
was tez miewa czasami takie myśli, to znak, że nie pasuje tutaj. Że jego
prawdziwe miejsce jest w innej epoce, na innym kontynencie, gdziekolwiek
indziej, tylko nie tu. Znam bardzo wielu młodych ludzi, którzy tak myślą
i wiem jedno- wiem jak się czujecie. Sama widzę siebie jako młodą damę
gdzieś na przedmieściach XVIII-nasto wiecznego Londynu. Londyn. Dokładnie
tam pasuje moja dusza. Do wiecznie zimnego, ponurego i mokrego Londynu.
Może kiedyś spełni się marzenie? Kto to wie. Ale głównie chodzi o to, że 
ilu nas jest, tyle jest światów, tyle żyć, które pasują w inne czasy, i własnie
to jest główny powód depresji ponad 90% ludzi na świecie. Nie pasują do 
miejsca w którym muszą przebywać. Nie pasują do pracy jaką wykonują, nie
pasują do rodzin w których przyszło im się wychowywać, i dlatego ich dusze
cierpią. Trzeba będzie zacząć posuwać się w odnajdywaniu swojego jedynego
feng-shui, bo każdy z nas zasługuje na to, by spełnić swoje marzenia, by się 
wreszcie dopasować i obudzić uśmiechniętym, i pełnym życia. No i oczywiście
szczęśliwym z tego kim się jest i gdzie się jest. Podobno Polacy jako naród
przejawiają wielką skłonność do narzekania na wszystko, a to właśnie za sprawą
tego, że mało mieliśmy okresów w swojej przeszłości, do których chcielibyśmy
wracać czy z którymi chcielibyśmy się utożsamiać. Przychodzi to pokoleniowo
i mimo iż nasze pokolenie, wcale nie pamięta tego co działo się podczas I, II wojny
światowej czy innych przykrych wydarzeń, to jednak siedzi w nas duch i potrzeba
tego, abyśmy stali się kimś pasującym do swej epoki. Dlatego właśnie ten wpis.
Dlatego, aby pokazać wam, że żeby należeć do jakiegoś miejsca, musimy wziąć 
życie w swoje ręce i pokierować nim tak, aby to nam w przyszłości było dobrze.
Znajomi odejdą, rodzice kiedyś umrą, wasz partner/partnerka też może odejść, ale
przynajmniej wy będziecie mieli poczucie, że nie brakuje wam nic w życiu, że
pasujecie do miejsca w którym jesteście i że kochacie siebie właśnie tacy jacy 
jesteście. I o to w życiu chodzi. Musicie pomyśleć czasami o sobie, i skupić się
na tym, żeby pasować. Żeby pasować i czuć się dobrze.



Na dziś to już wszystko, ja umieram z gorączką i ostrym zapaleniem gardła w wyrku, 
więc audycji jak na razie nie będzie, ale nie smućcie się, za niedługo powiększę ilość 
audycji, bo trochę rozluźnił mi się grafik ;) 


  • Lorde-Buzzcut Season (na przyjemny wieczorek z herbatką)




Do zobaczenia :)

wtorek, 1 marca 2016



Niseko wraca do formy!
    Wróciłam i chyba mam się całkiem nieźle. Mało tego, mam dziś dla Was
niesamowity temat na poście. Bardzo intymny dla mnie temat, dlatego 
prosiłabym o wyrozumiałość, ale też konstruktywną ewentualną krytykę.
Jeśli spodoba Wam się dzisiejszy post, śmiało możecie pokazać go swoim
rodzicom, jeśli sprawa dotyczy tego co jest u Was w domu. Generalnie panuje
przekonanie, że co się dzieje w domu, to nie mówi się nikomu, jednak ja 
przełamię dziś temat tabu.
    Sprawa dzieje się w moim życiu, już któryś rok, więc nie jest to świeża, nie
zagojona jeszcze ranka. To coś, co jest ze mną od początku, wreszcie 
postanowiłam o tym napisać, żeby trochę mi ulżyło. Na wstępie powiem, że
nie będzie to post o użalaniu się nad życiem, bo życie miałam naprawdę dobre
(i nic się nie zmieniło, dalej mam wszystko czego tylko pragnę), a znam też 
ludzi, których życie jest niejednokrotnie gorsze i żmudniejsze niż moje. Sęk 
tkwi w zupełnie czym innym. Nieumiejętnym wychowaniu mnie przez moich
rodziców. Trochę boli mnie fakt, że rodzice w tych czasach bardzo po omacku
wychowują swoje dzieci. Właśnie mniej więcej tak było u mnie. Rodzice są 
przekonani, że -kolokwialnie powiem- zawsze "wypruwali flaki" dla mnie i mojej
siostry, wiem że dokładnie tak było, tylko nie w tym sensie, który potrzebny jest
do wychowania dwóch, naprawdę fantastycznych dziewczynek. Owszem. Dużo
oboje pracowali, mama sprzątała, gotowała, pracowała- jak to mama- a tata, jak
tata, pracował dużo w domu i poza domem, często wyjeżdżał na delegacje, w Polskę,
w świat, sama nawet z nim raz na takiej byłam. Wiem ile ich obojgu to kosztowało,
natomiast wiem też, że nie byli rodzicami. Byli bardziej maszynami, które chciały 
i dalej chcą dla swoich dzieci wszystkiego co najlepsze. Zgodzę się, że świat 
materialny w tych czasach stoi na piedestale, i to w dodatku na pierwszym jego miejscu,
ale rodzice powinni wiedzieć, że właśnie dlatego, że mamy czasy materialności, dla
dzieci, dużo ważniejsze i potrzebniejsze jest wychowanie duchowe. I nie. Nie chodzi 
mi tu teraz o rozwlekanie się nad religijnością. Nie. Chodzi mi w tym momencie o 
prawdziwe "rodzicowanie", czyli opieka nad dzieckiem, rozmowa z nim. 
     Stan rzeczy pogarszał się z roku na rok, i rodzice oddalali się od siebie i od nas 
przede wszystkim, aż w końcu mama razem z nami, wyprowadziła się od taty. Najlepsze
było wtedy to, że wszyscy winili wszystkich, ja miałam spora depresję, bo wszystko
mnie mocno przerastało, a nie miałam nawet przyjaciółki, z która mogłabym się tym dzielić
(i teraz sami dojdźcie do wniosku, jak wielki wpływ mają na was wasi przyjaciele, albo
drugie połowy-doceńcie to), więc zwaliłam rozstanie rodziców na karb depresji. Nie było
ze mną dobrze, pierwsze przestałam chodzić do szkoły, miałam zaległości, nie chciałam
jeść, spać, wciąż byłam zdenerwowana i co rusz się z kimś kłóciłam. Zostałam sama w 
momencie w którym nigdy nie powinnam być sama. Potem zjawił się mój obecny książę 
z bajki, bardzo stanęłam na nogi przy nim, i jednocześnie coraz bardziej oddalałam się
od siostry,mamy i taty, ponieważ przy nim czułam się niesamowicie, a moja rodzina
go nie akceptowała. Zaczęli mówić, że bardzo się zmieniam, że to przez niego. Nie było
to prawdą. Odzyskiwałam siły i to dzięki niemu, a nie przez niego. Poznawałam świat
takim, jaki jest naprawdę. Zaczęłam wierzyć w siebie, co nigdy nie udawało mi się
przy rodzicach, bo mimo ich zapewnień, że nie chcą, żebym była we wszystkim najlepsza,
było zupełnie odwrotnie. Stawiali mi coraz wyższe poprzeczki, nie wiedząc, że bardzo
ciężko mi przez nie przeskakiwać. Moja bardzo niska samoocena, wzięła się właśnie
z tego, że oni zawsze pokazywali mi lepszych ludzi ode mnie. Zawsze był ktoś ładniejszy,
mądrzejszy, zgrabniejszy, bardziej kreatywny czy uzdolniony. Całe życie ścigam się 
z sylwetkami innych ludzi, by być lepszą i lepszą. Przy Filipie, to wszystko straciło sens.
Już nie musiałam być lepsza, ładniejsza, szczuplejsza, czy inteligentniejsza. On kocha
mnie właśnie taką jaka jestem, i tego brakowało moim rodzicom. Niestety dalej brakuje.
     Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem Nikolettą. Mam 20 lat, 164 cm wzrostu,
wagę, która ciągle się zmienia, w przeciwieństwie do rozmiaru buta 37, mam skoliozę, 
chorobę wrzodową, dzięki której muszę jeść rygorystycznie zdrowo i przyjmować leki
i studiuję dziennikarstwo i komunikację społeczną w Krakowie. Brzmi dorośle, co?
Nie dla moich rodziców, którzy dopiero teraz chcą się brać za wychowanie mnie.
Na to już niestety za późno. Może nie mam pracy i potrzebuję na razie pieniądze rodziców,
ale z drugiej strony nie mam zachcianek, jak dziewczyny w moim wieku. Jedyną moją
zachcianką są pieniądze na wyjazdy do ukochanego, który bardzo mnie wspiera
i jest ze mną zawsze wtedy, gdy brakuje rodziców. Czyli bardzo często. Kocham go całą
sobą i mam żal do rodziców, że bardzo nie chcieli by, abym się z nim widywała. Tym
zachowaniem ukręcili sobie na siebie bicz. I to nie jest tak, że ja ich szantażuję.
Wręcz przeciwnie. Uświadamiam ich, że całe życie zachowuję się dobrze, nie imprezuję,
nie piję, nie palę, nie ćpam, ani nie ubieram się niestosownie, pomagam KAŻDEMU, kto
mnie o to poprosi, a w zamian za dobre zachowanie i naukę, dostaję po głowie, za zły,
według nich wybór osoby, z którą chcę dzielić całe życie. Rozumiem, że każdy rodzic
chce dla swojego dziecka jak najlepiej, ale ja mam już 20 lat- dzieckiem nigdy nie byłam
i nigdy nie będę, bo nie miałam czasu na bycie dzieckiem. zawsze starałam się, żeby
rodzice byli ze mnie dumni, nigdy się nie buntowałam, ale chyba właśnie do mnie dotarło,
że to nic nie dawało, a ja swojego życia jak nie miałam, tak nie mam. Teraz zaczęłam
się buntować. Teraz zaczęłam porządkować życie i oddzielać ziarno od plew. Trochę za
późno, powiecie, ale dla mnie to właśnie ten czas. Czas, abym wreszcie wynurzyła się
z wody i czas, abym wreszcie nabrała tyle powietrza w płuca, żeby móc spokojnie'
oddychać. Żeby wreszcie być sobą. Za niedługo zapewne pójdę do pracy. Będzie ciężko,
wiem, ale będzie też satysfakcja, że nie muszę być najlepsza, najpiękniejsza, najmądrzejsza
i tak dalej, aby wreszcie być sobą. Nie mogę doczekać się pierwszej wypłaty, tylko dlatego,
żeby pokazać wszystkim, którzy we mnie nie wierzą, że ja też mogę. I że ze wsparciem
ukochanego, jestem w stanie osiągnąć o wiele więcej, niż nie jedna osoba, na moim miejscu.

            No dobrze. Koniec męki ;) Rozpisać się rozpisałam, teraz tylko grzecznie poczekam, co wy na to! Jeszcze na sam koniec, chciałabym podziękować, każdej osobie, która napisała komentarz pod
poprzednim postem. Nie macie pojęcia ile to dla mnie znaczy! To takie motywujące! Miałam odpowiadać na wasze komentarze w postach, ale wiem, że nie każdemu by się to podobało, dlatego będę od dziś odpowiadała komentarzem na wasz komentarz :) Będę się tu coraz częściej, więc zaglądajcie po nowości. 



     
          Co na dziś do słuchania?

  • Thirty Second to Mars- Stay    super cover i niesamowita robota Jareda ;)


Do zobaczenia :)



sobota, 23 stycznia 2016


Ciężko będzie mi pisać dzisiejszy post, ponieważ to co chcę Wam przekazać, jest nieco zagmatwane. Nieco mocno zagmatwane.


Ostatnimi czasy bardzo dużo podróżuję. Naprawdę bardzo dużo, i szczerze powiem,
że bardzo lubię tak podróżować. Nie o samo podróżowanie jednak, chciałabym w
poście zaznaczyć. Z racji tego, że podróżuję na dłuższych trasach, często bardzo nudzę
się podczas takich wypraw. Z racji nudów, często bierze mnie na rozmyślania o bożych
krówkach, czy innych tego typu sprawach. Ostatnio jednak, ponad 3 godziny próbowałam
odpowiedzieć sobie na pytanie : Do kąd Ci wszyscy ludzie jadą? Mało kto o tym myśli,
żyjąc w ciągłym biegu i przy prędkości obecnego stanu życia. Tak, sama wiem jak to
wygląda : Niseko- a co Cię to interesuje? To ich życie, a nie Twój interes, gdzie oni tak
ciągle jeżdżą. Być może i nie mój, zgodzę się, ale po prostu, chciałam poruszyć dziś ten
właśnie temat.
Każdej podróży staram się obserwować ludzi wokół mnie, łapie każdy ich ruch, każdy
zapach, każde słowo, i myślę do jakiej historii danego osobnika pasuje dana czynność.
Na przykład pani, która cały czas chodzi do łazienki w busie/pociągu i poprawia makijaż
lub się perfumuje, żeby pachnieć świeżo- zakładam, że podobnie jak ja, jedzie kogoś
odwiedzić i albo jest to ukochany, albo rodzina, albo przyjaciel, z którym dawno się nie
widziała. Może także po prostu o siebie za bardzo dbać, i co chwilę poprawia swój wygląd.
Inna historia, mężczyzna co chwile odbierający telefony, w garniturze, obok na fotelu
otwarty laptop z milionem ofert- zapewne zabiegany pracownik jednej z większych
korporacji w Polsce, a do tego oszczędny, bo korzysta z transportu komunikacji publicznej.
Mała dziewczynka, która słucha muzykę, prawdopodobnie jedzie właśnie do cioci/babci w
odwiedziny, nie za bardzo ma się czymś zając, patrzy tylko na zmieniający się za oknem
krajobraz, chociaż równie dobrze może właśnie jechać do taty, ponieważ jej rodzice są po
rozwodzie i musi kursować z jednego krańca Polski, po drugi. Starsza pani, wracająca do
domu, od rodziny, albo od siostry, bo tylko ona jej została, tylko za nią tęskni, i tylko ona
trzyma ją jeszcze przy życiu. Paczka roześmianych i rozgadanych przyjaciół, ile twarzy,
tyle uczuć, każdy z nich jedzie odpocząć, i każdy też ma swoje problemy, nikt nie żyje
z dnia na dzień, każdy ma swoje troski czy kłopoty, ale właśnie teraz stylizują się na ekipę
niesamowitych przyjaciół, którzy mają tylko siebie i od dziś po wieki poprzysięgają sobie
wierność. Para, gdzie dziewczyna śpi sobie spokojnie, a jej chłopak smsuje ze swoją przyszłą
dziewczyną (ale o tym dowie się w dalszej historii swego życia, nie spoilerujmy i nie
dołujmy spokojnie drzemiącej rudowłosej). Pani, która własnie jedzie na pogrzeb swojego
taty, smutna, sama, niestety w tej chwili nie myśli o tacie, myśli o swoich dzieciach, które
zostawiła pod opieką niani, ponieważ wiecznie zabiegany mąż, nie może się nimi zająć.
Studentka, która dorabia jako striptizerka w przerwie między zajęciami, daleko od rodziny,
daleko od świata w którym żyła sielsko jako nastolatka, ale jej rodzice o tym nie wiedzą,
przecież nie będzie ich martwiła tym, że za to co od nich dostaje na miesiąc- nie wyżyje sama
w wielkim mieście. Pryszczaty chłopak z liceum, szukający miłości w internecie, ponieważ
real, jest dla niego zbyt dużym wyzwaniem, nie miałby czasu na dziewczynę, gdyż następny poziom w League of Legends sam się nie wbije, a jakoś zaspakajać się trzeba, od kąd mama założyła blokadę rodzicielską na jego komputer. Kobieta, która właśnie zdecydowała się oddać nerkę i jedzie na zabieg. Mały chłopczyk, który z tatą jedzie po małego pieska, i nie może zdecydować się pomiędzy Azorem a Pikusiem. Żołnierz, wracający właśnie z misji na urodziny swojej ukochanej córeczki, co można powiedzieć o jego przyszłości, to na pewno to, że nie doczeka się wnucząt, jego córka zaś, odziedziczy po tacie pieniądze, bo wspomnień mieć nie może- tatę widzi raz na kilka lat. Kobieta w ciąży, która dawno nie widziała się z rodzicami, źle znosi jednak podróż, nie dlatego, że dziecko jej przeszkadza, boi się reakcji rodziców na wieść, że ojcem jest osoba, która według jej rodziców, ojcem nigdy być nie może. Nastolatka z tatuażem, która jedzie obwieścić rodzicom, że nie marzy jej się kariera pani adwokat, marzy jednak, aby zostać gwiazdą rockową. Chłopak, który maluje
niebiańskie obrazy, ale nigdy nikt ich nie zobaczy, ponieważ jest zbyt nieśmiały, aby
komukolwiek zaufać i pokazać swój ogromny talent, poza tym dobrze wie, że to co on potrafi,
ktoś może sobie przywłaszczyć i skłamać, że to nie owy chłopak jest autorem. Są także ludzie
z materialnymi problemami, jak na przykład blondynka przy oknie. Sprawdza coraz to nowsze
oferty na swoim iphone odnośnie pięknych lamborgini, albo białych BMW, niestety jednak
jej tata nie życzy sobie "beemki" przed jego willą.
                        A pośród tłumów ludzi, których imion i tak nigdy nie poznam, jestem ja. Wciąż podróżująca do miłości mojego życia, młoda studentka dziennikarstwa, kochająca prowadzenia audycji, uwielbiająca granie na deskach teatru, śpiewająca w zespole- ja. Pusto patrzę w dal, nie mogąc doczekać się momentu, w którym zobaczę ukochanego. W którym wreszcie go przytulę i wsunę moją małą rękę w jego wielką dłoń, aby następnie mocno ją zacisnąć z obietnicą, że nigdy jej nie puszczę. Zanim jednak to się zdarzy, tęsknię. Każda podróż to tęsknota, to ciągła myśl o nim i o tym jak bardzo jest dla mnie ważny. Myślę, cały czas podczas podróży myślę, jak będzie wyglądała nasza przyszłość i czy damy sobie radę. Jadąc, myślę także o tacie, o tym jak się czuje, o mamie- co porabia i czy ma czas wziąć oddech pomiędzy pracą, a pracą. O siostrze, która jest coraz dalej ode mnie i coraz mocniej czuje, że jej nie znam, jest mi przykro, że tak się dzieje, ale tłumaczę sobie to tym, że taki ma właśnie czas, że jak to minie, będziemy dalej jak dobre przyjaciółki. Myślę o
moich problemach, których przecież tyle jest. Martwię się o moją przyszłość, o kręgosłup,
o przyszłą pracę, o studia, o życie. Każdy przecież ma jakieś zmartwienia. Zawsze podczas
podróży słucham muzyki. Do muzyki w głowie układam sobie choreografię, albo marzę
o czymś co mogło by podczas danej muzyki się wydarzyć. Podczas długich podróży, myślę
sobie jakby było, gdybym wyglądała inaczej, gdybym zachowywała się inaczej, była
szczuplejsza, miała inny kolor włosów, inne życie. Czy coś by się zmieniło? Czy po prostu
właśnie takie życie było mi pisane. Oczywiście, że mogę myśleć "co by było gdyby", tylko
zapewne zapytasz "Po co?", nie ma w tym możliwe  żadnego sensu, ale właśnie taka
jestem. Siedzi we mnie mnóstwo obaw, uczuć i emocji. Żeby przestać zachowywać się w ten
sposób i myśleć w ten sposób, musiałabym tylko umrzeć. Taka rozkmina mnie ostatnio
wybiła na orbity marzeń i myśli o egzystencji.
Niestety tak jednak to wygląda. Nie przejmujcie się. Za niedługo przyjdzie wiosna. Będzie ciepło. Nie macie pojęcia jak nie mogę się doczekać ciepła.

Czyste promienie o poranku miłości, Obudziły mnie pięknym aromatem,
Twojego dotyku o poranku barwnym,
Rozbudzającą melodią Twych czułych słów
Zaczynam dzień, zaczynam żyć.



Tym miłym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Byłabym wdzięczna za wasze komentarze poniżej
Ściskam i uwielbiam

DO ZOBACZENIA :)




PS. mój chłopak jest niesamowity. Usunęłam post (brawo ja <<oklaski>>), a on uratował sytuację, ponieważ jeszcze nie zamknął karty czytając posta. On będzie moim mężem. 
Miłego czytania kochani! :D

poniedziałek, 14 września 2015

Dzisiaj postaram się opowiedzieć Wam o tym, jak to jest mieć mózg i myśli
perfekcjonistki, a ciało życiowej ciamajdy. Może być ciekawie, zatem
lepiej by było zaparzyć sobie herbatkę, przed przeczytaniem tego, co dla Was
dziś przygotowałam. Z resztą, ja również nie zasiadam do pisania wpisu bez
ciepłej, owocowej herbatki z ziarenkami aronii. Aronia podobno jest dobra na
serce, wiedzieliście o tym? Ale dziś nie to chciałam przekazać..
Zacznę od tego, że każdy dzień nie jest łatwością. Czasami czuję się jak w jakimś
śnie, czy filmie. Jakbym była dwoma osobami naraz. Perfekcyjną Nikolettą, i mega
roztrzepaną i ciamajdowatą Niki. Nie bierzcie mnie za dziwoląga. Po prostu podzielę 
się tą historyjką. 
Podczas, gdy mózg chce, a wręcz żąda nawet tego by być kimś. By być szczupłą,
piękną, inteligentną osobą, ze swoją firmą, autem, domem, zdrową cudowną rodziną,
z kalendarzykiem wypchanym terminami spotkań, idealną dietą, stylem życia i tym 
podobnymi sprawami, a co dzień w lustrze wita lekko otyłą dziewczynę z masą 
kompleksów wywoływanych na życzenie, mega leniwą, dwu-lewo-ręczną, ledwo
zdającą prawko czy cokolwiek osobę, pojawia się mały konflikt. Ów konflikt niestety
polega na sprzecznościach, jakie się tworzą po starciu głowa vs ciało.
Nie wszystko w moim życiu jednak jest idealne, a mówiąc bardziej szczegółowo :
raczej mało jest idealne. Problem w tym, że ciężko jest właśnie tak sprawić, żeby
obie te rzeczy wreszcie się ze sobą pogodziły. Nawet moje wpisy są lekko chaotyczne,
z tego względu, że mózg układa piękne zdania i konwencje, a palce piszą po klawiaturze
coś, co wygląda mniej więcej jakby kot przeleciał po klawiaturze. Ale się staram. Coraz
więcej rzeczy robię takich, żeby ciało pogodziło się z mózgiem. Muszę być ustawiona
w jednym kierunku, albo być perfekcyjna, albo być fajtłapą. Nie godzę się na drugą opcję.
Wybacz ciało, musisz się dostosować do warunków, jakie od teraz dyktuje ci głowa.
Koniec z niedokładnością, niedokańczaniem, robieniem czymś źle. Nie może tak być,
że depresja wywodzi się z tego, że mózg każe jedno, a ciało robi inne.
Trzeba to uciąć, bo rozrasta się jak najgorszy pasożyt i wyżera wszystko co mam od środka.
Czas w końcu poprawić figurę, styl życia, wziąć się za siebie, postawić na dobre cechy, 
na zalety, i na to, co zawsze chciałam, aby było w moim życiu- perfekcja. I mam tylko nadzieję,
że najbliżsi wreszcie mi w tym pomogą. 
Bo ważne jest, aby zacząć od jaśminowej herbatki, a skończyć na pracy w której czuję się
spełniona. Bo wiem, że mnie stać. Bo wiem, że potrafię. Bo wiem.. Wiem, że w końcu ciało
stanie się takie jak mózg. To jedyna droga do tego, aby wreszcie poczuć się lepiej.
Życie ma dla nas już wytoczoną dróżkę, a ja wiem, że wreszcie weszłam na moją, właściwą 
i jedyną drogę. Na sam początek potrzebuję tylko dwóch rzeczy : kalendarzyka na rok 2015/2016
oraz nowego portfela. Będzie to dobry start w przyszłość.
Muszę zadbać o moją przyszłość, godna warunki dla męża, oraz dla dzieci, które w następstwie także będą. Tyłek do góry i wszystko po kolei. Cel po celu. Dasz radę. Tylko nie możesz być stateczna, bo wtedy ciapowatość, i ciało przejmą kontrolę, i znów wszystko będzie nieidealnie, i wróci wszystko co złe. Nie pozwolę na to. Harmonia znowu zawita do mnie i do mojego życia.

...bo tylko ty jesteś tą harmonią mój skarbie...


  • Major Lazer ft. Ellie Goulding-Powerful


idę potańczyć. dawno kręgosłup nie pozwalał mi już na taniec. dam radę.

Do zobaczenia