Połączyłam kropki. W wieku 25 lat, wreszcie wszystko powoli sobie mogę wyjaśnić. Nie jest to tylko puste "jestem jakaś dziwna". Kto nie jest obecnie. Jednak nie w tym rzecz. Chodzi o to, że po 4 tygodniowym pobycie z matką, gdzie wcześniej mieszkałam już od 5 lat z Filipem, zaczęłam dostrzegać, skąd wzięły się moje wady i dlaczego one wciąż sobie dojrzewają, jak wcześniej zrzucalam wszystko na "winę ojca", a jego nie ma już od właśnie 5 lat. Nie usprawiedliwiam tu nic, ani nikogo, po prostu sama zauważam skąd to wszystko.
Już w drugim tygodniu pobytu u mamy zaczęły się zwady i kłótnie, jak wtedy gdy jeszcze z nią mieszkałam. Kwestionuje wszystko, mając mocno zakorzenione jakieś swoje utarte myśli czy zachowania. Znów pomyślałam, że to pewnie moja wina, bo już obca jej osoba nagle wpada do jej życia na parę tygodni, gdzie ona sama miała już jakoś to wszystko poukładane. Po smsach wnioskuje, że mama kogoś ma, i dobrze. Dobrze, bo tata zawsze ją tłamsił, a ona tłamsiła po kryjomu nas. Nie winię jej, niby skąd miała się tego wszystkiego nauczyć, skoro była "środkowym dzieckiem", a potem trafiła na emocjonalnego tyrana- mojego ojca. Jednak niedawno siostra poprosiła mnie o pomoc w zadaniu na uczelnię. Musiała stworzyć scenariusz, do tego streszczenie, eksplikację oraz narysować scenki, no bo w końcu studiuje grafikę komputerową. Było jej ciężko z opisaniem tego wszystkiego, więc poprosiła o pomoc. Ja długo już nic nie pisałam, (będąc na dziennikarstwie miałam swoje blogi o uczuciach, często opisywałam co myślę, to bardzo pomagało, bo ciężko nawiązuje kontakt z kimś i trudno mi czasem opowiedzieć zwięźle co myślę, pisząc- widzę wszystko, mogę coś dodać, przemyśleć, zedytowac) więc trochę przestraszyłam się tego zadania, ale chciałam jej pomóc, w końcu jestem starszą siostrą :) W trakcie przeglądania tego co narysowała i scenariusza do całości, zauważyłam, że jest to scenariusz na podstawie jej życia, a raczej urywków, w których to kolejno mama, babcia i jej przyjaciółka Gabi wypowiadały się w kontekście tego, co według nich powinna robić w przyszłości. Stąd jej ciągle niezdecydowanie i obojętność na to co ma być u niej w przyszłości. Wcale mnie to nie zdziwiło, zobaczyłam tu siebie, ponieważ ja dopiero od około roku mniej więcej odnalazłam swoją drogę w życiu. To był pierwszy raz jak spojrzałam na wszystko z boku i powiedziałam: nosz kurwa rzeczywiście!
Totalnie mnie olśniło. Zaczęłam łączyć wątki, że to nie moja wina, że nie dokończyłam studiów dziennikarskich, że poszłam do liceum na biol-pol, w czym się kompletnie nie widziałam. Przecież to są ICH marzenia, nie moje. U mnie w rodzinie jest już filolog. Brat mamy, więc po co więcej takich, nie ma jeszcze lekarza ani adwokata czy też dziennikarza, pielegniarki, bizneswoman, no przecież to oczywiste, że każdy chcę, żebym była wszystkim. Stąd tyle zajęć za małolata: pływanie wyczynowe, taniec, gra na pianinie, malowanie, jeszcze więcej tańca, chór, zajęcia plastyczne, no przecież muszę być dobra z każdej strony! Kto wie, co mi się przyda w życiu.
Problem w tym, że nigdy nie kończyłam nic co zaczęłam, bo było tego zawsze tyle, że mnie to najzwyczajniej w świecie przerastało. Teraz naprawdę bardzo wiele umiem, ale nie na 100%, a to już bardziej przeszkadzało mojej malutkiej perfekcjonistce wewnątrz. Never enough, jak to mówią. No ale nic, widziałam, że rodziców frustruje to, że inne dzieci są "naj" w czymś, a my z siostrą w pewnym momencie przestałysmy przynosić świadectwa z paskiem, dobre oceny czy osiągnięcia gdziekolwiek. Samą "pogoń" za tym byciem we wszystkim najlepszym zauważam mocno od czasu jak poszłyśmy z siostrą na uczelnię. Babcia i jej niby nie szkodliwe "ale ty masz zdolne córki, same 5 na studiach" i mamy odpowiedź: "moje lata mówienia im 'ucz się' wreszcie się opłaciły i teraz procentują". Nie. To tak nie działa. Każdy musi do pewnych decyzji czy przekonań dojść i dorosnąć samemu.
Lecąc dalej. Dziś miałam flashback związany z tym, że w towarzystwie nigdy nie mogłam się przy mamie odezwać do kogoś starszego ode mnie. Ciągle jej karcące spojrzenie, "idź się pobawić", czy sam fakt tego, że według niej dzieci nie powinny siedzieć z dorosłymi skutkują teraz tym, że boję się odezwać do kogokolwiek, zwłaszcza w jej towarzystwie. Ostatnio jej koleżanka zaczepiła nas na spacerze. Ja oczywiście w ciąży, więc dopytuje mnie co tam jak tam, jak się czuje, kiedy termin, taki small-talk. Ja ciągle zerkałam na mamę, podświadomie prosząc o pozwolenie na odpowiedzenie na pytania. Starałam się, żeby tego nie było widać, jednak wiem, że właśnie to hamuje wiele emocji we mnie, a wymusza te niewłaściwe. Potem miałam przy niej zamówić nam obiad przez telefon, zestresowałam się bardzo tym faktem, że powiem coś źle i zaraz będzie mnie karcić tym samym spojrzeniem sprzed lat. Ciężko mi cokolwiek załatwić, czy lekarza, czy urzędowa sprawę, ponieważ mama zawsze robiła to za nas, twierdząc, że my coś źle powiemy, albo nie powiemy wszystkiego. Wcześniej to do mnie nie dochodziło, że takie błahostki, aż tak, odbiją się na mnie i tym jak się teraz zachowuję.
Kolejna sprawa to moja tusza i większa waga. Ostatnio mama znalazła na swoim komputerze nasze zdjęcia z wyjazdu do cioci do Warszawy. "ALE WYŚCIE BYŁY CHUDE! NAWET JA PRZY WAS WTEDY WYGLĄDAŁAM JAK WIELORYB". I cyk. Ja to pamiętam inaczej. Pamiętam, że nigdy tak wtedy nie powiedziała, zabierając nam sprzed nosa babci ciasto po niedzielnym obiedzie, zabraniając jeść słodycze czy ciastka, zawsze twierdzila, że mogłybyśmy schudnąć jeszcze, robiąc już szczyt naszych możliwości. Nigdy nie dostałam zwolnienia z wf, chodziłam przez całe miasto pieszo dzień w dzień do szkoły, nie mogłam słodyczy, soków, napoi, fastfoodow, solonych przekąsek (pamiętam jak się cieszyłam na wyjście do kina, popcorn to było coś), a i tak mimo to, byłyśmy zbyt tęgie. Oczywiście jej oczami, bo ją w naszym wieku można było w pasie dwa razy objąć.
To wszystko wydaje się bardzo błahe i głupie, ale teraz dostrzegam to, jak bardzo to rzutowało na to, jakie jesteśmy teraz.
Pamiętam niedawną kłótnie w której usłyszałam od mamy "inni mają gorzej". Ale problem w tym, że ja nie jestem inni. Nie chcę już więcej się do nikogo porównywać, czy to dobrze, czy to źle, chciałabym wreszcie być JA, że to JA mam z czymś źle albo dobrze, bo JA to przeżywam. Nie inni. Oczywiście zdaję sobie sprawę z tego, że wcale nie mam tak źle, i że może faktycznie są osoby w gorszej sytuacji, ale są także ci w lepszej, i to bardziej w ich stronę chciałabym się piąć. Inni mają gorzej, działa na mnie dołująco i destrukcyjnie. Co też poniekąd jest wina rodziców. Jak już wspomniałam, ich hobby było porównywanie nas do tych "wyimaginowanych dzieci koleżanki twojej starej". Nie chciałabym tak mówić do mojego syna, chcę żeby czuł się u nas wyjątkowy i najlepszy mimo wszystko, mimo gorszej oceny, drobnego wypadku, stłuczenia czegoś czy jak coś nie wyszło a także wtedy gdy jest zupełnie odwrotnie, czyli jak będzie miał super oceny, żadnych problemów, stworzenia czegoś niesamowitego i jak wszystko mu wychodzi. Nie mówię tu o braku kar, ale rozmowie, o każdym za i przeciw, czyli czemuś, co zawsze brakowało mi.
Nie pozwalano mi prawidłowo czuć, miałam tylko wyobrażenia o uczuciach, dlatego też teraz ciężko mi je czasami stosować, mimo że ich definicja jest mi dobrze znana. Właśnie a propos definicji. Lubię mieć wszystko poukładane, być zawsze na czas, mieć porządek oraz zawsze plan awaryjny. Tego akurat uczyła mnie babcia, a mojej mamie to strasznie przeszkadza i bardzo to krytykuje. A ja właśnie tak czułam się bezpieczna. Mając zawsze plan i porządek we wszystkim. Zawsze czułam, że to właśnie taka namacalna definicja tego, że wtedy mam też porządek w głowie.
Przejdźmy do kwestii funduszy. Tutaj akurat bardziej jest to związane z tym, jak mój ojciec dbał o budżet rodziny, opłacał rachunki i zajmował się wszystkim związanym z tym tematem. Przez to ja nigdy nie potrzebowałam potrafić dbać o pieniądze, nimi zarządzać czy cokolwiek (olaboga) oszczędzić. Jak poznałam Filipa, czułam, że to będzie "jego obowiązek", bo skoro mój tata dawał radę z takimi rzeczami, to jest naturalnym, że każdy mężczyzna się tym zajmuje. Otóż nie. Filip nigdy nie miał pieniędzy, ba, nawet nie raz udało mu się szybko rozprawić z każdą złotówką jaka wpadła mu w ręce, a nawet raz zaciągnąć kredyt na vivusie, czy będąc w Krakowie, żyć w przepychu z karty jego matki. Dlatego też dbanie o fundusze i rachunki spadło całkowicie na mnie. Taką decyzję podjęłam po tym, jak pewnego dnia w naszym mieszkaniu odcięli prąd, bo Filip nie uiścił za to opłaty. Od początku oczywiście zrobiłam plan. Rozpisałam miesiąc po miesiącu ile mamy wydać, na co, długi, rachunki i sobie odhaczam, co się udało, lub też na co trzeba zebrać. Jest to chyba dla mnie najtrudniejsza rzecz w życiu, właśnie to, żeby jakoś ten budżet wiązać i opłacać wszystko. Nienawidzę się tym martwić, bo przez to też większość moich załamań, ale wiem też, że takie jest dorosłe życie.
Dlatego też poszłam na studia, które pomogą mi szukać lepszej pracy, np w korporacji. Mając to co teraz, ale więcej pieniędzy co miesiąc, wreszcie zaczniemy odkładac. Na dzień 16.07.2021 został dług na karcie debetowej- 10 tysięcy. Całą resztę udało się spłacić do tej pory. Z długu 30 tysięcy zostało tylko i aż 10. Przydałby się jakiś lotek.
Zaraz będzie z nami Marcel, musimy jakoś dać radę. To znaczy ja muszę, z Filipem psychicznie nie jest najlepiej, ale i za to się bierzemy. Jesteśmy ze wszystkim razem i moim celem teraz jak mam wolne od pracy i szkoły i Marcela nie ma jeszcze z nami, jest pomoc Filipowi i zrobić remont mieszkania. Musimy uzbierać 1000 zł na już, żeby ogarnąć to całe g. Do opłacenia rachunków brakuje mi 650 zł, bo szkoła i prąd jeszcze nie są opłacone za ten miesiąc.
Musiałam to zapisać, lepiej się czuje widząc to, a nie mając to tylko w głowie, pociesza mnie fakt, że to nie moje widzimisię, tylko realne rzeczy, które też uda się ogarnąć z czasem.
Podsumowując. Te 4 tygodnie były dla mnie trudne psychicznie. Mama dalej ukrywa fakt, że nie jest sama, a ja już większość sekretów, zostawię dla siebie, na pewno ona będzie ostatnią osobą, która dowie się o czymś co mnie gryzie. Wykorzystuje każdy szczegół, a w szczególności te o Filipie. Gdy cokolwiek mnie gryzie w związku z nim i akurat rozmawiamy, a ja jej powiem, potem wypomina to mi (ale o nim) z rok albo i więcej. Mówię wymijająco o tym, że nie zrobił remontu, żeby znów nie suszyła głowy o to, że on jest jak wszystkie chłopy i nic nie może zrobić porządnie. Jej mama na przykład, a moja babcia, zawsze broniła taty i wychodziła do niego z sercem na dłoni, mimo, że nie zasługiwał, na co moja mama teraz przyjęła kontrę i czeka tylko na Filipa potknięcia, bo nie miała wsparcia w swoje mamie, jak mówiła jej, że tata to okropna osoba. Ja w swojej też nie mam, nie ważne czy mówię coś pozytywnego czy negatywnego o Filipie. Potem tylko przy najbliższej okazji wysłuchuje, że tak sobie wybrałam. No tak. Kolejny nie taki wybór w życiu, na jaki czekała mama.
Nie wiem tylko czemu to wszystko co robi wymusza na mnie takie zachowania, jak zawsze robił mój ojciec, (kłamstwa, chęć życia "zastaw się a postaw się", wszystko musi być idealnie) które suma summarum sprawiały, że był nieszczerą osobą. Nie chcę tego bardzo, chcę być sobą. Jednak każde moje potknięcie się jest wyśmiewane czy krytykowanie. Matka nie pozwala mi nawet na okazywanie strachu, jak jej opowiadałam, że boję się dzwonić do ludzi i z nimi rozmawiać - "strach jest po to żeby go przezwyciężać, nie możesz się bać!"- i gdy jest burza- "czego się boisz, przecież w domu jesteś!"- czy też rzeczy związane z porodem i wychowaniem dziecka, a także moje płacze czy wzruszenia-"przy dziecku też tak będziesz?! Też będziesz się źle czuć?? Nie ma takiej opcji!!"- zawsze daje kontrę. Nieustraszona kobieta, co boi się powiedzieć, że ma faceta. Przykład na medal.
Ale sama o sobie mówi, że mogłaby być psychologiem. Jak cudnie, że żeby nim zostać trzeba bardzo wielu lat nauki, przygotowań, warsztatów oraz praktyk czy stażu, gdyby nie to, może miałabym jeszcze gorzej.
Mówi, że zawsze stawiała mnie i moją siostrę na pierwszym miejscu. Być może, szkoda, że mnie tam chyba wtedy nie było. Do tej pory czuję, że tak nie jest. Wiem, że Laura jest młodsza i nie ma nikogo, ale od zawsze wyraźnie było widać, że ja jestem córeczką tatusia, a Laura mamusi. Teraz została tylko Laura i mama. Ja muszę się uczyć żyć sama. Nawet będąc tutaj czuję, że jestem sama, a moją jedyną rodziną jest Filip i już teraz Marcel. Często mi było przykro, że tak daleko jestem sama. Wtedy mama mówiła "sama sobie wybrałaś, sama wyjechałaś tak daleko", zamiast dać sygnał- jestem tu i zawsze będę dla Ciebie i będę na Ciebie czekać. To dziwne, że sama nawet do mnie nie dzwoni. Przecież telefon ma opcję "połącz", z obydwu stron. Przez 4 tygodnie pobytu tutaj, nie powiedziała, że mnie kocha, natomiast jak piszemy na messengerze, pisze to za każdym razem. Chyba tylko po to, że w razie znalezienia mnie kiedyś martwej, odsuną od niej zarzuty. "Bo jak to przez matkę, jak tak kochała!!!???".
Zawsze jakoś sobie radziłam, teraz też dam radę. Tylko czemu muszę ze wszystkim w głowie być sama. Nie chcę ciągnąć Filipa w dół, i tak jest z nim nienajlepiej, a każda inna osoba ma swoje życie pełne smutków i radości, ja już nie chce dorzucać się do poczucia winy. Jakoś tak... łączę kropki, może to mi właśnie pomaga, i idę dalej, zwłaszcza dzięki trzymaniu kciuków przez najbliższych, nie koniecznie z rodziny.