piątek, 4 marca 2016



 Na początku chciałam podziękować przedwczorajszej i wczorajszej fali komentarzy 
i wiadomości jakie do mnie dotarły. Cóż mogę więcej rzec? Będzie więcej wpisów ;)
Dzisiejszy może nie będzie tak rzewny jak wczorajszy, ale temat wydaje mi się nie mniej ważny. Jeśli jesteście ciekawi tego co dziś wam przedstawię- zapraszam do czytania.

Kilka tygodni temu, jadąc na uczelnie, jak zwykle mam w zwyczaju
bacznie obserwowałam ludzi podróżujących ze mną. Zaczęłam wtedy
dosyć mocno zastanawiać się nad tym, kim bym była, gdybym nie 
była sobą.
Przyznacie, że to trochę dziwne. Młoda dziewczyna, z dużymi i dobrymi
perspektywami na przyszłość, z planem, myśli o tak banalnej rzeczy.
Jednak tak jest bardzo często. Często zastanawiam się jak by było, gdybym
obrała inną drogę w życiu. Podtrzymała się i została tancerką w prestiżowej
szkole, czy aktorką w jednym z lepszych teatrów w Krakowie, albo gdybym
nie zrezygnowała z codziennych ćwiczeń na keyboardzie, czy grałabym teraz
na konkursach chopinowskich? Nie tylko nad tym się zastanawiałam. Dużo
myślałam nad tym co by było gdybym urodziła się w innej rodzinie, pod 
innym imieniem, nazwiskiem, płcią. Co robiłabym teraz, w wieku 20-stu lat.
Takie myśli czasami są bardzo motywujące, bo dzięki nim najczęściej 
zauważamy, to co aktualnie mamy. Powiem wam coś więcej. Jeśli ktoś z
was tez miewa czasami takie myśli, to znak, że nie pasuje tutaj. Że jego
prawdziwe miejsce jest w innej epoce, na innym kontynencie, gdziekolwiek
indziej, tylko nie tu. Znam bardzo wielu młodych ludzi, którzy tak myślą
i wiem jedno- wiem jak się czujecie. Sama widzę siebie jako młodą damę
gdzieś na przedmieściach XVIII-nasto wiecznego Londynu. Londyn. Dokładnie
tam pasuje moja dusza. Do wiecznie zimnego, ponurego i mokrego Londynu.
Może kiedyś spełni się marzenie? Kto to wie. Ale głównie chodzi o to, że 
ilu nas jest, tyle jest światów, tyle żyć, które pasują w inne czasy, i własnie
to jest główny powód depresji ponad 90% ludzi na świecie. Nie pasują do 
miejsca w którym muszą przebywać. Nie pasują do pracy jaką wykonują, nie
pasują do rodzin w których przyszło im się wychowywać, i dlatego ich dusze
cierpią. Trzeba będzie zacząć posuwać się w odnajdywaniu swojego jedynego
feng-shui, bo każdy z nas zasługuje na to, by spełnić swoje marzenia, by się 
wreszcie dopasować i obudzić uśmiechniętym, i pełnym życia. No i oczywiście
szczęśliwym z tego kim się jest i gdzie się jest. Podobno Polacy jako naród
przejawiają wielką skłonność do narzekania na wszystko, a to właśnie za sprawą
tego, że mało mieliśmy okresów w swojej przeszłości, do których chcielibyśmy
wracać czy z którymi chcielibyśmy się utożsamiać. Przychodzi to pokoleniowo
i mimo iż nasze pokolenie, wcale nie pamięta tego co działo się podczas I, II wojny
światowej czy innych przykrych wydarzeń, to jednak siedzi w nas duch i potrzeba
tego, abyśmy stali się kimś pasującym do swej epoki. Dlatego właśnie ten wpis.
Dlatego, aby pokazać wam, że żeby należeć do jakiegoś miejsca, musimy wziąć 
życie w swoje ręce i pokierować nim tak, aby to nam w przyszłości było dobrze.
Znajomi odejdą, rodzice kiedyś umrą, wasz partner/partnerka też może odejść, ale
przynajmniej wy będziecie mieli poczucie, że nie brakuje wam nic w życiu, że
pasujecie do miejsca w którym jesteście i że kochacie siebie właśnie tacy jacy 
jesteście. I o to w życiu chodzi. Musicie pomyśleć czasami o sobie, i skupić się
na tym, żeby pasować. Żeby pasować i czuć się dobrze.



Na dziś to już wszystko, ja umieram z gorączką i ostrym zapaleniem gardła w wyrku, 
więc audycji jak na razie nie będzie, ale nie smućcie się, za niedługo powiększę ilość 
audycji, bo trochę rozluźnił mi się grafik ;) 


  • Lorde-Buzzcut Season (na przyjemny wieczorek z herbatką)




Do zobaczenia :)

wtorek, 1 marca 2016



Niseko wraca do formy!
    Wróciłam i chyba mam się całkiem nieźle. Mało tego, mam dziś dla Was
niesamowity temat na poście. Bardzo intymny dla mnie temat, dlatego 
prosiłabym o wyrozumiałość, ale też konstruktywną ewentualną krytykę.
Jeśli spodoba Wam się dzisiejszy post, śmiało możecie pokazać go swoim
rodzicom, jeśli sprawa dotyczy tego co jest u Was w domu. Generalnie panuje
przekonanie, że co się dzieje w domu, to nie mówi się nikomu, jednak ja 
przełamię dziś temat tabu.
    Sprawa dzieje się w moim życiu, już któryś rok, więc nie jest to świeża, nie
zagojona jeszcze ranka. To coś, co jest ze mną od początku, wreszcie 
postanowiłam o tym napisać, żeby trochę mi ulżyło. Na wstępie powiem, że
nie będzie to post o użalaniu się nad życiem, bo życie miałam naprawdę dobre
(i nic się nie zmieniło, dalej mam wszystko czego tylko pragnę), a znam też 
ludzi, których życie jest niejednokrotnie gorsze i żmudniejsze niż moje. Sęk 
tkwi w zupełnie czym innym. Nieumiejętnym wychowaniu mnie przez moich
rodziców. Trochę boli mnie fakt, że rodzice w tych czasach bardzo po omacku
wychowują swoje dzieci. Właśnie mniej więcej tak było u mnie. Rodzice są 
przekonani, że -kolokwialnie powiem- zawsze "wypruwali flaki" dla mnie i mojej
siostry, wiem że dokładnie tak było, tylko nie w tym sensie, który potrzebny jest
do wychowania dwóch, naprawdę fantastycznych dziewczynek. Owszem. Dużo
oboje pracowali, mama sprzątała, gotowała, pracowała- jak to mama- a tata, jak
tata, pracował dużo w domu i poza domem, często wyjeżdżał na delegacje, w Polskę,
w świat, sama nawet z nim raz na takiej byłam. Wiem ile ich obojgu to kosztowało,
natomiast wiem też, że nie byli rodzicami. Byli bardziej maszynami, które chciały 
i dalej chcą dla swoich dzieci wszystkiego co najlepsze. Zgodzę się, że świat 
materialny w tych czasach stoi na piedestale, i to w dodatku na pierwszym jego miejscu,
ale rodzice powinni wiedzieć, że właśnie dlatego, że mamy czasy materialności, dla
dzieci, dużo ważniejsze i potrzebniejsze jest wychowanie duchowe. I nie. Nie chodzi 
mi tu teraz o rozwlekanie się nad religijnością. Nie. Chodzi mi w tym momencie o 
prawdziwe "rodzicowanie", czyli opieka nad dzieckiem, rozmowa z nim. 
     Stan rzeczy pogarszał się z roku na rok, i rodzice oddalali się od siebie i od nas 
przede wszystkim, aż w końcu mama razem z nami, wyprowadziła się od taty. Najlepsze
było wtedy to, że wszyscy winili wszystkich, ja miałam spora depresję, bo wszystko
mnie mocno przerastało, a nie miałam nawet przyjaciółki, z która mogłabym się tym dzielić
(i teraz sami dojdźcie do wniosku, jak wielki wpływ mają na was wasi przyjaciele, albo
drugie połowy-doceńcie to), więc zwaliłam rozstanie rodziców na karb depresji. Nie było
ze mną dobrze, pierwsze przestałam chodzić do szkoły, miałam zaległości, nie chciałam
jeść, spać, wciąż byłam zdenerwowana i co rusz się z kimś kłóciłam. Zostałam sama w 
momencie w którym nigdy nie powinnam być sama. Potem zjawił się mój obecny książę 
z bajki, bardzo stanęłam na nogi przy nim, i jednocześnie coraz bardziej oddalałam się
od siostry,mamy i taty, ponieważ przy nim czułam się niesamowicie, a moja rodzina
go nie akceptowała. Zaczęli mówić, że bardzo się zmieniam, że to przez niego. Nie było
to prawdą. Odzyskiwałam siły i to dzięki niemu, a nie przez niego. Poznawałam świat
takim, jaki jest naprawdę. Zaczęłam wierzyć w siebie, co nigdy nie udawało mi się
przy rodzicach, bo mimo ich zapewnień, że nie chcą, żebym była we wszystkim najlepsza,
było zupełnie odwrotnie. Stawiali mi coraz wyższe poprzeczki, nie wiedząc, że bardzo
ciężko mi przez nie przeskakiwać. Moja bardzo niska samoocena, wzięła się właśnie
z tego, że oni zawsze pokazywali mi lepszych ludzi ode mnie. Zawsze był ktoś ładniejszy,
mądrzejszy, zgrabniejszy, bardziej kreatywny czy uzdolniony. Całe życie ścigam się 
z sylwetkami innych ludzi, by być lepszą i lepszą. Przy Filipie, to wszystko straciło sens.
Już nie musiałam być lepsza, ładniejsza, szczuplejsza, czy inteligentniejsza. On kocha
mnie właśnie taką jaka jestem, i tego brakowało moim rodzicom. Niestety dalej brakuje.
     Najgorsze w tym wszystkim jest to, że jestem Nikolettą. Mam 20 lat, 164 cm wzrostu,
wagę, która ciągle się zmienia, w przeciwieństwie do rozmiaru buta 37, mam skoliozę, 
chorobę wrzodową, dzięki której muszę jeść rygorystycznie zdrowo i przyjmować leki
i studiuję dziennikarstwo i komunikację społeczną w Krakowie. Brzmi dorośle, co?
Nie dla moich rodziców, którzy dopiero teraz chcą się brać za wychowanie mnie.
Na to już niestety za późno. Może nie mam pracy i potrzebuję na razie pieniądze rodziców,
ale z drugiej strony nie mam zachcianek, jak dziewczyny w moim wieku. Jedyną moją
zachcianką są pieniądze na wyjazdy do ukochanego, który bardzo mnie wspiera
i jest ze mną zawsze wtedy, gdy brakuje rodziców. Czyli bardzo często. Kocham go całą
sobą i mam żal do rodziców, że bardzo nie chcieli by, abym się z nim widywała. Tym
zachowaniem ukręcili sobie na siebie bicz. I to nie jest tak, że ja ich szantażuję.
Wręcz przeciwnie. Uświadamiam ich, że całe życie zachowuję się dobrze, nie imprezuję,
nie piję, nie palę, nie ćpam, ani nie ubieram się niestosownie, pomagam KAŻDEMU, kto
mnie o to poprosi, a w zamian za dobre zachowanie i naukę, dostaję po głowie, za zły,
według nich wybór osoby, z którą chcę dzielić całe życie. Rozumiem, że każdy rodzic
chce dla swojego dziecka jak najlepiej, ale ja mam już 20 lat- dzieckiem nigdy nie byłam
i nigdy nie będę, bo nie miałam czasu na bycie dzieckiem. zawsze starałam się, żeby
rodzice byli ze mnie dumni, nigdy się nie buntowałam, ale chyba właśnie do mnie dotarło,
że to nic nie dawało, a ja swojego życia jak nie miałam, tak nie mam. Teraz zaczęłam
się buntować. Teraz zaczęłam porządkować życie i oddzielać ziarno od plew. Trochę za
późno, powiecie, ale dla mnie to właśnie ten czas. Czas, abym wreszcie wynurzyła się
z wody i czas, abym wreszcie nabrała tyle powietrza w płuca, żeby móc spokojnie'
oddychać. Żeby wreszcie być sobą. Za niedługo zapewne pójdę do pracy. Będzie ciężko,
wiem, ale będzie też satysfakcja, że nie muszę być najlepsza, najpiękniejsza, najmądrzejsza
i tak dalej, aby wreszcie być sobą. Nie mogę doczekać się pierwszej wypłaty, tylko dlatego,
żeby pokazać wszystkim, którzy we mnie nie wierzą, że ja też mogę. I że ze wsparciem
ukochanego, jestem w stanie osiągnąć o wiele więcej, niż nie jedna osoba, na moim miejscu.

            No dobrze. Koniec męki ;) Rozpisać się rozpisałam, teraz tylko grzecznie poczekam, co wy na to! Jeszcze na sam koniec, chciałabym podziękować, każdej osobie, która napisała komentarz pod
poprzednim postem. Nie macie pojęcia ile to dla mnie znaczy! To takie motywujące! Miałam odpowiadać na wasze komentarze w postach, ale wiem, że nie każdemu by się to podobało, dlatego będę od dziś odpowiadała komentarzem na wasz komentarz :) Będę się tu coraz częściej, więc zaglądajcie po nowości. 



     
          Co na dziś do słuchania?

  • Thirty Second to Mars- Stay    super cover i niesamowita robota Jareda ;)


Do zobaczenia :)



sobota, 23 stycznia 2016


Ciężko będzie mi pisać dzisiejszy post, ponieważ to co chcę Wam przekazać, jest nieco zagmatwane. Nieco mocno zagmatwane.


Ostatnimi czasy bardzo dużo podróżuję. Naprawdę bardzo dużo, i szczerze powiem,
że bardzo lubię tak podróżować. Nie o samo podróżowanie jednak, chciałabym w
poście zaznaczyć. Z racji tego, że podróżuję na dłuższych trasach, często bardzo nudzę
się podczas takich wypraw. Z racji nudów, często bierze mnie na rozmyślania o bożych
krówkach, czy innych tego typu sprawach. Ostatnio jednak, ponad 3 godziny próbowałam
odpowiedzieć sobie na pytanie : Do kąd Ci wszyscy ludzie jadą? Mało kto o tym myśli,
żyjąc w ciągłym biegu i przy prędkości obecnego stanu życia. Tak, sama wiem jak to
wygląda : Niseko- a co Cię to interesuje? To ich życie, a nie Twój interes, gdzie oni tak
ciągle jeżdżą. Być może i nie mój, zgodzę się, ale po prostu, chciałam poruszyć dziś ten
właśnie temat.
Każdej podróży staram się obserwować ludzi wokół mnie, łapie każdy ich ruch, każdy
zapach, każde słowo, i myślę do jakiej historii danego osobnika pasuje dana czynność.
Na przykład pani, która cały czas chodzi do łazienki w busie/pociągu i poprawia makijaż
lub się perfumuje, żeby pachnieć świeżo- zakładam, że podobnie jak ja, jedzie kogoś
odwiedzić i albo jest to ukochany, albo rodzina, albo przyjaciel, z którym dawno się nie
widziała. Może także po prostu o siebie za bardzo dbać, i co chwilę poprawia swój wygląd.
Inna historia, mężczyzna co chwile odbierający telefony, w garniturze, obok na fotelu
otwarty laptop z milionem ofert- zapewne zabiegany pracownik jednej z większych
korporacji w Polsce, a do tego oszczędny, bo korzysta z transportu komunikacji publicznej.
Mała dziewczynka, która słucha muzykę, prawdopodobnie jedzie właśnie do cioci/babci w
odwiedziny, nie za bardzo ma się czymś zając, patrzy tylko na zmieniający się za oknem
krajobraz, chociaż równie dobrze może właśnie jechać do taty, ponieważ jej rodzice są po
rozwodzie i musi kursować z jednego krańca Polski, po drugi. Starsza pani, wracająca do
domu, od rodziny, albo od siostry, bo tylko ona jej została, tylko za nią tęskni, i tylko ona
trzyma ją jeszcze przy życiu. Paczka roześmianych i rozgadanych przyjaciół, ile twarzy,
tyle uczuć, każdy z nich jedzie odpocząć, i każdy też ma swoje problemy, nikt nie żyje
z dnia na dzień, każdy ma swoje troski czy kłopoty, ale właśnie teraz stylizują się na ekipę
niesamowitych przyjaciół, którzy mają tylko siebie i od dziś po wieki poprzysięgają sobie
wierność. Para, gdzie dziewczyna śpi sobie spokojnie, a jej chłopak smsuje ze swoją przyszłą
dziewczyną (ale o tym dowie się w dalszej historii swego życia, nie spoilerujmy i nie
dołujmy spokojnie drzemiącej rudowłosej). Pani, która własnie jedzie na pogrzeb swojego
taty, smutna, sama, niestety w tej chwili nie myśli o tacie, myśli o swoich dzieciach, które
zostawiła pod opieką niani, ponieważ wiecznie zabiegany mąż, nie może się nimi zająć.
Studentka, która dorabia jako striptizerka w przerwie między zajęciami, daleko od rodziny,
daleko od świata w którym żyła sielsko jako nastolatka, ale jej rodzice o tym nie wiedzą,
przecież nie będzie ich martwiła tym, że za to co od nich dostaje na miesiąc- nie wyżyje sama
w wielkim mieście. Pryszczaty chłopak z liceum, szukający miłości w internecie, ponieważ
real, jest dla niego zbyt dużym wyzwaniem, nie miałby czasu na dziewczynę, gdyż następny poziom w League of Legends sam się nie wbije, a jakoś zaspakajać się trzeba, od kąd mama założyła blokadę rodzicielską na jego komputer. Kobieta, która właśnie zdecydowała się oddać nerkę i jedzie na zabieg. Mały chłopczyk, który z tatą jedzie po małego pieska, i nie może zdecydować się pomiędzy Azorem a Pikusiem. Żołnierz, wracający właśnie z misji na urodziny swojej ukochanej córeczki, co można powiedzieć o jego przyszłości, to na pewno to, że nie doczeka się wnucząt, jego córka zaś, odziedziczy po tacie pieniądze, bo wspomnień mieć nie może- tatę widzi raz na kilka lat. Kobieta w ciąży, która dawno nie widziała się z rodzicami, źle znosi jednak podróż, nie dlatego, że dziecko jej przeszkadza, boi się reakcji rodziców na wieść, że ojcem jest osoba, która według jej rodziców, ojcem nigdy być nie może. Nastolatka z tatuażem, która jedzie obwieścić rodzicom, że nie marzy jej się kariera pani adwokat, marzy jednak, aby zostać gwiazdą rockową. Chłopak, który maluje
niebiańskie obrazy, ale nigdy nikt ich nie zobaczy, ponieważ jest zbyt nieśmiały, aby
komukolwiek zaufać i pokazać swój ogromny talent, poza tym dobrze wie, że to co on potrafi,
ktoś może sobie przywłaszczyć i skłamać, że to nie owy chłopak jest autorem. Są także ludzie
z materialnymi problemami, jak na przykład blondynka przy oknie. Sprawdza coraz to nowsze
oferty na swoim iphone odnośnie pięknych lamborgini, albo białych BMW, niestety jednak
jej tata nie życzy sobie "beemki" przed jego willą.
                        A pośród tłumów ludzi, których imion i tak nigdy nie poznam, jestem ja. Wciąż podróżująca do miłości mojego życia, młoda studentka dziennikarstwa, kochająca prowadzenia audycji, uwielbiająca granie na deskach teatru, śpiewająca w zespole- ja. Pusto patrzę w dal, nie mogąc doczekać się momentu, w którym zobaczę ukochanego. W którym wreszcie go przytulę i wsunę moją małą rękę w jego wielką dłoń, aby następnie mocno ją zacisnąć z obietnicą, że nigdy jej nie puszczę. Zanim jednak to się zdarzy, tęsknię. Każda podróż to tęsknota, to ciągła myśl o nim i o tym jak bardzo jest dla mnie ważny. Myślę, cały czas podczas podróży myślę, jak będzie wyglądała nasza przyszłość i czy damy sobie radę. Jadąc, myślę także o tacie, o tym jak się czuje, o mamie- co porabia i czy ma czas wziąć oddech pomiędzy pracą, a pracą. O siostrze, która jest coraz dalej ode mnie i coraz mocniej czuje, że jej nie znam, jest mi przykro, że tak się dzieje, ale tłumaczę sobie to tym, że taki ma właśnie czas, że jak to minie, będziemy dalej jak dobre przyjaciółki. Myślę o
moich problemach, których przecież tyle jest. Martwię się o moją przyszłość, o kręgosłup,
o przyszłą pracę, o studia, o życie. Każdy przecież ma jakieś zmartwienia. Zawsze podczas
podróży słucham muzyki. Do muzyki w głowie układam sobie choreografię, albo marzę
o czymś co mogło by podczas danej muzyki się wydarzyć. Podczas długich podróży, myślę
sobie jakby było, gdybym wyglądała inaczej, gdybym zachowywała się inaczej, była
szczuplejsza, miała inny kolor włosów, inne życie. Czy coś by się zmieniło? Czy po prostu
właśnie takie życie było mi pisane. Oczywiście, że mogę myśleć "co by było gdyby", tylko
zapewne zapytasz "Po co?", nie ma w tym możliwe  żadnego sensu, ale właśnie taka
jestem. Siedzi we mnie mnóstwo obaw, uczuć i emocji. Żeby przestać zachowywać się w ten
sposób i myśleć w ten sposób, musiałabym tylko umrzeć. Taka rozkmina mnie ostatnio
wybiła na orbity marzeń i myśli o egzystencji.
Niestety tak jednak to wygląda. Nie przejmujcie się. Za niedługo przyjdzie wiosna. Będzie ciepło. Nie macie pojęcia jak nie mogę się doczekać ciepła.

Czyste promienie o poranku miłości, Obudziły mnie pięknym aromatem,
Twojego dotyku o poranku barwnym,
Rozbudzającą melodią Twych czułych słów
Zaczynam dzień, zaczynam żyć.



Tym miłym akcentem kończę dzisiejszy wpis. Byłabym wdzięczna za wasze komentarze poniżej
Ściskam i uwielbiam

DO ZOBACZENIA :)




PS. mój chłopak jest niesamowity. Usunęłam post (brawo ja <<oklaski>>), a on uratował sytuację, ponieważ jeszcze nie zamknął karty czytając posta. On będzie moim mężem. 
Miłego czytania kochani! :D